Otrzymałem ciekawe pismo Kurii Diecezji Opolskiej z 2006 roku, pokazujące stosunek polskiego Kościoła do listu okólnego „Actus formalis defectionis ab Ecclesia catholica”. 31-go marca 2006 Papieska Rada ds. Tekstów Prawnych wysłała go do Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp Józefa Michalika. W kwietniu został przetłumaczony z włoskiego i wysłany „w dół” do biskupów. Apostata z Diecezji Opolskiej wysłał list w sprawie wystąpienia 22-go czerwca więc powinien być „załatwiony” jako jeden z pierwszych na podstawie „Actus formalis”. Tymczasem dowiedział się, że „procedura obowiązująca w diecezji opolskiej” była znacznie bardziej restrykcyjna.

Już wtedy parto do rozwiązań przyjętych formalnie 27 września 2008, co znaczy, że „Actus formalis” nigdy nie był w Polsce darzony specjalnym szacunkiem. Co więcej – procedura „polska” była sformułowana już w 2005 roku a więc PRZED wydaniem „Actus formalis”. Kanclerz kurii warszawskiej ks. Grzegorz Kalwarczyk wydał pierwowzór instrukcji KEP 5-go października 2005! Jedynie formalnie podlegając Stolicy Apostolskiej biskupi z konieczności napisali, że „ujednolicają” (???) zasady zawarte w „Actus formalis”, po prostu dlatego, że nie mogli oficjalnie napisać, że mają w tym zakresie własne rozwiązania. W Polsce temat wymagał – zdaniem biskupów – znacznie mocniejszego „przykręcenia śruby”. Mimochodem przyznał to nawet rzecznik Episkopatu Polski ks. Józef Kloch w radiu TOK FM 6 listopada 2008.

Kanclerz Kurii ks. Joachim Kobienia ofuknął za brak notarialnego potwierdzenia podpisu. Tej samej rady 21 sierpnia 2008 udzielił ks. Jacek Dzikowski z parafii św. Aleksandra w Warszawie, jednak w 2010 roku powiedział, że po wydaniu instrukcji KEP miałby opory przed uznaniem takiej formy. Wygląda na to, że dokumenty państwowe Kościół był gotów uznawać – przynajmniej werbalnie – tylko w okresie przejściowym. Po zwarciu szeregów we wrześniu 2008 był już „autonomiczny”. Kanclerz przechodząc do kontrataku zapuścił się nawet do twierdzenia, że ustawa o ochronie danych osobowych nie dotyczy Kościoła (papier jest cierpliwy…). Szczytem bezczelności było jednak powołanie się na ustawę żeby danych nie udostępnić. Ustawa była zła kiedy ktoś coś chciał, ale dobra kiedy można było mu tego nie dać. Taką samą troską o ustawę swego czasu wykazała pewna spółdzielnia mieszkaniowa i GIODO nie dał się na to nabrać – nakazał „obrońcom ustawy” udostępnić dane o które byli proszeni.