Pisałem o tym dlaczego skrajnie restrykcyjne zasady występowanie są polskiemu Kościołowi na rękę. Trzeba jednak oddać biskupom sprawiedliwość, że nie powinni w tej sprawie występować jako ci źli, „naruszający konstytucyjną wolność sumienia” tych dobrych. Instrukcji by nie było (a przynajmniej TEJ instrukcji) gdyby środowisko apostatów o to nie zabiegało i wręcz jej nie wyżebrało. Jej korzenie sięgają narady na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie 15 maja 2001 roku jak walczyć z ustawą o ochronie danych osobowych (zwanej „sympozjum”), ale to krótkowzroczna presja społeczna w 2005/2006 roku (powstanie apostazja.pl i apostazja.info) spowodowała, że bp Piotr Libera podjął decyzję o jej wydaniu (być może decyzja zapadła na poziomie Prezydium KEP). W lutym 2008 Mariusz Gawlik z PSR być może przypieczętował jej kształt zadając głupie pytania o apostazję Kurii Warszawskiej tylko dlatego, że nie miał pojęcia, że poza Polską załatwia się to na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych. Oczywiście dostawszy wolną rękę ks. Grzegorz Kalwarczyk odpowiedział mądrze na głupie pytania czyli wyłożył prawie całą instrukcję, która ujrzała światło dzienne kilka miesięcy później. Prawie wszyscy apostaci naiwnie uwierzyli, że wystąpienie z Kościoła jest celem samym w sobie – a zatem aby odnieść ten sukces trzeba się stosować do zasad kościelnych. Mariusz Gawlik wręcz zniechęcał do wysyłania listów (!) radząc dopilnowania sprawy osobiście: „Teoretycznie pocztą wysłać można, lecz praktycznie lepiej udać się osobiście w towarzystwie dwóch świadków i dopilnować, aby ksiądz opieczętował i potwierdził pieczęcią przyjęcie naszego wniosku” – napisał 2-go lutego 2008. Czyli sam oddawał Kościołowi pełną kontrolę nad procedurą. Biskupi wszystko co zrobili to nałożyli na apostatów kierat o który sami się prosili. Mógł więc poniewczasie pluć sobie w brodę z powodu tego co zrobił: „Tuż przed ogłoszeniem tego nieszczęsnego dokumentu powiedziałem w komentarzu  dla Trybuny, że jest to generalnie krok w dobrym kierunku. Ateiści od dawna bowiem czekali na ujednolicenie procedury apostazji, żeby się już księża nie mogli zasłaniać brakiem takiej procedury. Nie spodziewałem się jednak, że mogą być ustalone tak duże bariery. Ten dokument z pewnością nie jest krokiem w dobrym kierunku i lepiej, aby go w ogóle nie było, bo jednak dotychczas księża częstokroć bezproblemowo dokonywali od ręki apostazji, jeśli się chętny zgłosił do parafii. Teraz się to pewnie zmieni na gorsze„. Adwokatem instrukcji KEP – z którą następnie próbował walczyć – był Jarosław Milewczyk z apostazja.pl. „Próby porządkowania tej sprawy przez hierarchię kościelną uważam za jak najbardziej słuszne” – zacytował go sam KAI. A więc najpierw proszenie się o taką instrukcję a potem zaskoczenie, że się ją wywołało z lasu.

Generalnie Kościół uznaje trzy sposoby wystąpienia:

– model A – pożądany – na plebanii, ze świadkami (Polska)

– model B – akceptowany – listem, ale na podstawie „Actus formalis” (Irlandia)

– model C – tolerowany – listem na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych (Włochy)

Nie było wielką filozofią, że Kościół pytany o procedurę ustanowi taką, jaką mu wygodnie – a potem każe się do niej stosować. I faktycznie, KEP z góry wykluczył model B każąc chętnym zastosować się do modelu A. Nawet nie wiedząc o modelu C można było jednak wywalczyć model B. Pierwowzór modelu A wywalczył jednak – co zajęło mu cały rok 2005 (!) – Robert Prochowicz. I od tego momentu apostaci zaczęli kręcić bat na własne plecy. Kiedy okazało się ku powszechnemu zdumieniu, że szuflada za którą się ciągnie może się jednak otworzyć, apostaci napisali skargę do Ojca Świętego, co było już tylko komicznym protestem przeciwko konsekwencjom własnych działań. „Chcieliśmy instrukcji, ale nie takiej” – chlipali.

Wystap.pl z olbrzymim trudem odkręca teraz to, co zepsuło danie wolnej ręki Kościołowi, który apostatów po prostu wykiwał (o czym gro z nich do tej pory nie wie i nadal walczy z konsekwencjami tego co zrobili – vide „lista świadków„). Tyle dobrego, że o wiele łatwiej przejść do modelu C z A niż z B. O konsekwencjach tego, co to będzie znaczyło dla Kościoła nie wspominając.