nowa wersja starej wersjiWygląda na to, że w walce o niepodleganie Ustawie o ochronie danych osobowych strona kościelna wycofała się na kolejną z góry upatrzoną linię obrony. Dotychczas biskupi czekali na zatwierdzenie przez Watykan projektu „Dekretu ogólnego Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła„. Pragnęli go jak kania dżdżu ponieważ tylko tzw. recognitio Watykanu pozwala ogłosić dekret kościelny obowiązującym we wszystkich polskich diecezjach. A dekretu potrzebowali na gwałt jako naprawienia kompromitującej „instrukcji Michalika” żeby utrzymać mit, że trzeba „wystąpić z Kościoła zgodnie z prawem kanonicznym„. A więc od 2012 roku czekali… i czekali… i czekali… i nie mogli się doczekać. A nie mogli już choćby dlatego, że sam Benedykt XVI po cichu wycofał się z nieudanego okólnika kardynała Herranza z 2006 roku i skreślił w „Omnium in mentem” z Kodeksu Prawa Kanonicznego zwroty, które ten rzekomo objaśnił. Po trzech latach takiego czekania napisałem, że to czekanie na Godota. Po tym jak wstydu najadł się ksiądz prałat Henryk Bartuszek desperackie bronienie przez proboszczów nieistniejącego dekretu skończyło się jak ręką odjął.

Biskupi uznali, że mają w rękawie jeszcze jedną kartę – aneks do Konkordatu, uzgodniony między Stolicą Apostolską a Ministerstwem Spraw Zagranicznych. To znamienne, że został ostatnią deską ratunku dopiero po upadku koncepcji „wewnętrznego” dekretu KEPu. Dopiero wówczas zwyciężyło myślenie, że trzeba przejść od „spraw wewnętrznych” do „spraw zewnętrznych”. Tymczasem to jedynie udoskonalenie pierwotnego planu żeby w ogóle miał ręce i nogi. Dekret ogólny KEP byłby aktualny, obowiązujący we wszystkich diecezjach, niewątpliwie prawidłowo przyjęty i stałby za nim Watykan czyli rozwiązywałby problemy, które Kościół ma z własną doktryną. Tylko nie rozwiązywałby podstawowego – byłby „wewnętrzną sprawą Kościoła” bez znaczenia dla prawa powszechnego, a temu Naczelny Sąd Administracyjny powiedział „nie” w październiku 2013 roku. Transfer do polskiego prawa umożliwia jedynie artykuł 27 Konkordatu przewidujący tworzenie aneksów. Mówiąc wprost – aneks do Konkordatu jest jedyną możliwością żeby nadal nic się nie zmieniło. Rząd, który zamienia zegar na krzyż jest dla Watykanu idealnym partnerem. I oto na scenę wkracza… zgadliście Państwo – aneks do Konkordatu!

Sprawa – jeszcze nieśmiało – zaczęła się w styczniu 2014 po rozpoczęciu wydawania przez GIODO substytutów decyzji w sprawie „wystąpienia po włosku”:

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej wskazuje na zasady poszanowania autonomii między państwem a Kościołem i ich wzajemnej niezależności. Podobnie normy znajdujemy w konkordacie podpisanym z 1993 roku. Art. 27 konkordatu wskazuje na możliwość rozwiązania innych, nieuregulowanych tym dokumentem spraw, ale na drodze umów pomiędzy stronami. – W omawianym tutaj zagadnieniu taka umowa do tej pory nie powstała – podkreśla [ekspert prawa kanonicznego ks. prof. UKSW dr hab. Marek Saj].

Kawę na ławę wyłożono w półoficjalnym stanowisku KEP z 15 stycznia 2014:

Jako że Konkordat między Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską został podpisany 28 lipca 1993, czyli cztery lata wcześniej niż Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 „o ochronie danych osobowych”, dlatego w Konkordacie nie mogły zostały zostać zawarte żadne szczegółowe regulacje dotyczące tej kwestii. Zresztą, art. 27 Konkordatu precyzuje, że sprawy wymagające nowych lub dodatkowych rozwiązań będą regulowane na drodze nowych umów między Układającymi się Stronami albo uzgodnień między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej i Konferencją Episkopatu Polski upoważnioną do tego przez Stolicę Apostolską. Gdyby więc Ustawa o ochronie danych osobowych miała zacząć dotyczyć także Ksiąg Chrztu, czyli istniejących od setek lat rejestrów ochrzczonych, sporządzanych od czasu powstania ksiąg Stanu Cywilnego tylko i wyłącznie do użytku wewnętrznego Kościoła i mającym charakter poufny, musiałoby to być przedmiotem negocjacji strony Rządowej z Konferencją Episkopatu Polski. Nie ma żadnych dowodów świadczących o tym, że takie rozmowy kiedykolwiek miały miejsce i że jakiekolwiek inne niż dotychczas regulacje tej kwestii zostały przyjęte. Z tego powodu należy uznać, że zgodnie z Artykułem 4 Ustawy o ochronie danych osobowych, archiwa kościelne nie podlegają jej przepisom.

Zamień zegar na krzyż a sędziowie zdewociałego WSA w Warszawie wsadzą to do wyroku:

(…) zgodnie z art. 4 ustawy o ochronie danych osobowych, przepisów tego aktu prawnego nie stosuje się, jeżeli umowa międzynarodowa, której stroną jest Rzeczpospolita Polska, stanowi inaczej. Choć w umowie międzynarodowej zawartej między Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską nie ma wprost zapisu o wyłączeniu stosowania jej przepisów w zakresie przetwarzania danych osobowych członków Kościoła Katolickiego (zapisu takiego zresztą być nie mogło, albowiem u.o.d.o. stanowi akt prawny uchwalony 29 sierpnia 1997 r.), nie budzi w ocenie Sądu wątpliwości – wobec treści powołanych przepisów umowy międzynarodowej – że art. 4 u.o.d.o. wyłącza możliwość nakazania przez organ władzy państwowej, tj. GIODO – w stanie faktycznym tej sprawy – wprowadzenia określonej (wskazanej przez ten organ) treści zapisów w księdze chrztu.

Oni nawet nie są prokościelni – oni po prostu wsadzają do wyroków „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” to co im podeśle główny adwokat parafii dr Krzysztof Wąsowski. W ten sposób sąd mówi księdzem Wołoszczukiem a dr Wąsowski robi za pośrednika. Wszystko porządnie i zgodnie z prawem jak w Komisji Majątkowej. Sędziowie uciekli od istniejącego „i 3” w art. 43 do nieistniejącego artykułu Konkordatu i zatrzymali się w pół kroku przed napisaniem wprost, że ów nieistniejący artykuł Konkordatu mówi, że GIODO ma się odczepić od proboszczów we wszystkich sprawach, ale dostatecznie jasno wynika to z całości. Inaczej mówiąc – Wysokiemu Sądowi wyszło z nieistniejącego artykułu Konkordatu, że Kościół może podlegać ustawie jeśli sam się na to zgodzi. Skutki karmienia krokodyla przez kilkanaście lat w pełnej krasie…

Żeby WSA w Warszawie zaczął mówić księdzem Wołoszczukiem dr Wąsowski wytrwale zarzucał GIODO „niezastosowanie” art. 27 Konkordatu.o aneksie do Konkordatu w styczniu 2014Nie bardzo wiadomo jak miałoby wyglądać „zastosowanie” art. 27 Konkordatu przez GIODO – chyba ofuknięciem papieża przez telefon, że jeszcze nie ma aneksu. Tym sąd się jednak nie zajmował. Nieważne jak GIODO ma „zastosować” art. 27 Konkordatu – ważne, że nie zastosował a dzięki temu „proboszczowie wygrywają w sądach„, mówiąc „Rzeczpospolitą”.

Czy ta kolejna groteska to ostatni szaniec zdemoralizowanego „Kościoła Polskiego” i co z tym zrobi Naczelny Sąd Administracyjny – dowiemy się już wkrótce. Mamy zamiar pokonać tę epidemię i objąć Wysoki Sąd kwarantanną. O tym za kilka dni na Wystap.pl.