W Kościele istnieją dwa rodzaje kar – ferendae sententiae (ogłoszona za jakieś przewinienie) i latae senentiae („automatyczna” za sam czyn). To drugie znaczy dosłownie „dając wyrok [który już zapadł]”. Koncepcja latae senentiae odbiera więc prawo do obrony – co przyznają sami kanoniści – i stoi w sprzeczności z prawami człowieka. Wszystkie kary w zwykłym sądzie są typu „ferendae sententiae” to znaczy – sąd musi je ogłosić. To podstawa cywilizacji. Gdyby za zamach na prezydenta obowiązywała kara śmierci bez sądu to byłoby to właśnie „latae senentiae„. Przypuszczalnie sadystyczne chłostanie dziewcząt za słuchanie zachodniej muzyki (czy aby na pewno kaci nie mają wtedy erekcji?) też należy do „latae senentiae”. Innymi słowy jest to uczona łacińska nazwa dla przemocy i samosądu.

Jest to anachronizm zachowany z epoki głębokiego średniowiecza, kiedy jego przerażające konsekwencje ujawniały się w pełni. Prowadziły prostą drogą do turtur i „Młota na czarownice”. Dziś są trochę jak Alcatraz – otwarte dla turystów niegroźne resztki niegdysiejszej władzy, ponieważ Kościół jest praktycznie bezzębny. I tylko dlatego apostaci nie są torurowani i mordowani. Źródło tej dehumanizacji nadal jednak tkwi w Kodeksie Prawa Kanonicznego.