jeśli nie masz autorytetu - podszyj się pod państwo

jeśli twój autorytet podupadł – podszyj się pod państwo

Inwencja niektórych duchownych w wymyślaniu – niestety w złej wierze – przeszkód i trudności w zaakceptowaniu tzw. „wystąpienia po włosku” jest doprawdy niezwykła i stanowczo wymaga osobnego opracowania. I nie chodzi tu nawet o samą niezgodę na to z czym dawno pogodziła się Konferencja Episkopatu Włoch, bo to przynajmniej można zrozumieć (choć dużo trudniej uzasadnić). Zgodnie z głośnym twierdzeniem księdza Tischnera „nie znam nikogo, kto stracił wiarę po lekturze dzieł Marksa, ale znam kilku takich, którzy stracili ją po kontakcie z własnym proboszczem” nic w tym o wiele za długim konflikcie nie świadczy przeciwko stronie kościelnej tak bardzo jak celowe dezinformowanie, zaprzeczanie znanym faktom, obstrukcja postępowania wyjaśniającego Biura GIODO, próby zastraszania skarżących czy – nie wiadomo co gorsze – chowanie się przed petentami. Czasem aż by się chciało, by w każdej kancelarii parafialnej wisiał portret Papieża (tak jak skądinąd powinny), bo może jego czujny wzrok zapobiegłby takim sytuacjom jak ta, która przydarzyła się kobiecie na poziomie w jednej z parafii Archidiecezji Przemyskiej:

Mieszkam w parafii w której zostałam ochrzczona. Po raz pierwszy odwiedziłam plebanię [data] z dwoma świadkami. Miałam przy sobie pismo w którym rezygnuję z członkostwa w kościele. Pismo nie miało numeru aktu chrztu więc proboszcz sprawdził w swoich aktach i potwierdził, że rzeczywiście byłam chrzczona w tej parafii. Na moją prośbę o podanie numeru aktu zbył mnie mówiąc, że jeszcze mam czas na ten numer ponieważ to nie jest prosta sprawa, nie zakończy się na jednej wizycie, będę musiała poprawić swoje pismo itp… Przede wszystkim, zgodnie z procedurą umówił się ze mną na rozmowę. Zgodziłam się. Przyszłam w umówionym terminie, ale proboszcz zadecydował, że nie będę rozmawiała z nim tylko z innym księdzem. Przystałam i na to. Przeżyłam ponad godzinną rozmowę i po jej zakończeniu poszłam poinformować proboszcza, kiedy przyjdę ze świadkami złożyć swoją rezygnację. Proboszcz z miejsca zapowiedział mi, że to nie będzie dla mnie takie proste i że będzie mi to utrudniał. Rozmowa przestała być grzeczna a już na pewno nie była „pełna troski i miłości”. Nim mnie wyrzucił z kancelarii parafialnej zapowiedziałam, że przyjdę ze świadkami za dwa dni. W zapowiedzianym terminie poszłam do proboszcza, ale zastaliśmy zamkniętą kancelarię i tabliczkę: „wyjątkowo w dniu dzisiejszym z powodu konserwacji kancelaria nieczynna”. Nie traciłam dłużej czasu i jeszcze tego samego dnia wysłałam swoją rezygnację listem poleconym za zwrotnym potwierdzeniem odbioru.

figa z makiem pasternakiem

Jeśli cierpię przez rzeczywistość
to tym gorzej dla niej!

Na drugim biegunie znalazło się pokazujące bezsilną wściekłość i poczucie osaczenia pismo księdza proboszcza Władysława Pasternaka za które powinien dostać ostrą reprymendę od swojego kanclerza, ks. dr hab. Piotra Majera.

jak trwoga to do biskupa

skarga GIODO do biskupa

Kilku proboszczów straciło okazję, by pokazać, że są poważnymi ludźmi licząc, że Biuro GIODO sobie pójdzie jak mu się nie odpisze. To się nie mogło udać nawet pod rządami osławionego „i 3”. GIODO wziął się na sposób i skarżył się na nich do biskupów – tak jak na poniższym skanie. Pomagało.

Szczytem perwersji jest jednak wcale nieodosobnione stroszenie się w piórka instytucji państwowej, co najwyraźniej ma dodać odpowiedzi potrzebnej powagi i zdezorientować adresata. Było tego zbyt dużo, by zrzucić to na karb przypadku lub lapsusu językowego. Zaczęło się od tragikomicznego „wezwania do Urzędu Parafialnego„. Można by się śmiać gdyby nie to, że komuniści znieśli je jako ostatnie w Europie dopiero w 1946 roku… W II RP duchowni byli oficjalnie urzędnikami stanu cywilnego. Pewien zawzięty proboszcz przyszedł w odwiedziny jako urzędnik państwowy („Proboszcz groźbą zmuszał mnie do apostazji”, 24 listopada 2011). Inny 15 lutego (czyli już po przetoczeniu się styczniowego tsunami o którym trudno było nie słyszeć) wysłał odstępcy odpowiedź wzorowaną na decyzję GIODO (włącznie z pogrubieniem słowa „odmówić” tam gdzie w decyzjach GIODO było onegdaj „umarzam postępowanie”). Crème de la crème odstawił jednak proboszcz Diecezji Gliwickiej i wymaga to wstępu: cała wojna Wystap.pl z własnym państwem wzięła się z traktowania niewiele wartej nawet w prawie kościelnym „instrukcji abp Michalika” z rewerencją należną królowej Szwecji. O traktowaniu jej co najmniej niczym nieformalnego rozporządzenia pisałem wielokrotnie, choćby tu:

Państwo nie jest od tego żeby załatwiać „apostazje” szybko, tanio i solidnie. Jest natomiast od tego żeby humbug Episkopatu Polski nie stanowił nieformalnego lecz przestrzeganego rozporządzenia do ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania i od tego żeby GIODO wydawał merytoryczne decyzje administracyjne skoro go do tego powołano.

Życie znowu dogoniło ironię, bo okazuje się, że to jednak było rozporządzenie… I tym sposobem urzędnicy państwowi w Urzędach Parafialnych piszą o rozporządzeniu KEP i Traktacie Lizbońskim – i kończy się to tak jak się musi skończyć. W świecie przyrody nazywa się to mimikra Batesa. W mowie potocznej: wciskanie ciemnotyBiblijna przypowieść o denarze musi być dla niektórych wyrzutem sumienia…

rozporządzenie Rady Ministrów rozporządzenie KEPu