Kto chce procesować się ze swoim kościołem powinien najpierw upewnić się, że nie był jego członkiem kiedy miało miejsce kwestionowane zdarzenie. Taki wniosek wypływa z procesu Hadnot v. Shaw z 1992 roku w Sądzie Najwyższym Oklahomy – trzy lata po sprawie Marion Guinn. Dwie zakonnice zostały usunięte z kościoła za kontakty seksualne. Nie mogąc w sądzie zakwestionować decyzji o ich usunięciu – bo jest to wyłączna sprawa danego kościoła – spróbowały innej metody: wpadły w straszny stres z powodu tego, że członek władz kościoła powiedział innemu, że popełniły „cudzołóstwo”. Nie pomyślały jednak o tym żeby z niego wystąpić. Sąd potwierdził więc konieczność złożenia władzom kościelnym wyraźnego i spisanego aktu wystąpienia, aby można było powiedzieć, że nie podlega się dłużej kościelnej jurysdykcji. Ponieważ tego nie było, powołał się na historyczny wyrok Sądu Najwyższego USA z 1944 roku, który umocnił wolność religijną i oddalił powództwo. Wystąpienie z kościoła nie jest więc sprawą własnej psychiki (a przynajmniej nie tylko) – jeśli ktoś nie czuje się dłużej z nim związany to wystąpienie leży w jego interesie.