Ironia na niedzielę

autor: Ryszard Bałczyński

Urodziłem się jako ateista. Jednak jak większość Polaków zostałem w niemowlęctwie ochrzczony, co uczyniło ze mnie subditus Ecclesiae – poddanego Kościoła, po naszemu. I to do mojego końca albowiem semel catholicus, semper catholicus – kto raz został katolikiem będzie nim zawsze. Taka jest wciąż obowiązująca doktryna Kościoła bardzo jasno wyłożona na Soborze Trydenckim.

Jako ów subditus byłem we wczesnym dzieciństwie indoktrynowany religijnie w sposób typowy dla lat 60. i 70. zeszłego stulecia. Od czasów późnej podstawówki (w czasach późnego Gierka) te resztki inteligencji, które mi pozostały, nie pozwalały mi na bezkrytyczne przyjmowanie prawd wiary na wiarę. Stałem się indyferentny religijnie wewnątrz i konformistyczny na zewnątrz, żyjąc w środowisku wierzących. Bierzmowanie i ślub kościelny zaliczyłem dla świętego spokoju, bez wymaganej dawki wiary. Nikt się tym nie przejął, a już najmniej Bóg.

Po kilku latach rozpadło się moje małżeństwo uświęcone przez samego Boga. A było to już po urodzeniu się syna mojego, jednorodzonego. Zaobserwowałem wówczas, jak podli potrafią być niektórzy wyznawcy Boga Miłosiernego, jak bezwstydnie i bez najmniejszych wyrzutów sumienia potrafią żywić nienawiść do bliźniego swego i gnębić go bezbożnie, wbrew etyce swojej. To mnie zastanowiło i skłoniło do pierwszych, nieśmiałych prób samodzielnego używania rozumu.

Po kilku latach coraz śmielszego używania rozumu, zostałem ateistą pełną gębą. I to stworzyło problem. Ponieważ, żeby być w zgodzie ze sobą i rozumem, powinienem wypisać się z Kościoła. To zaś okazało się niemożliwe. Najlepsze co można w tej sprawie osiągnąć to „apostazja KEP-owska” czyli ekskomunika na własne życzenie, nie zwalniająca wszelako od podlegania prawu kanonicznemu (nikt nie wygrał 1000 euro obiecanego przez Wystap.pl za kościelne potwierdzenie, że się wystąpiło). Mówiąc w skrócie – teatrzyk udający wystąpienie po którym nadal się jest katolikiem. Żeby się „skutecznie kanonicznie” ekskomunikować trzeba się upokarzać w obecności dwóch świadków przed wszechwładnym i nierzadko złośliwym proboszczem (dla którego to też żadna przyjemność). Kościół po prostu nie przewiduje wystąpienia w normalnym znaczeniu i surowo ukarał pierwszego kanonistę, który nad tym myślał. Przez to długi czas zwlekałem z apostazją.

Przed ok. trzema laty dowiedziałem się, że Włosi występują z Kościoła „po włosku” – nie jako „fakt” mocniejszy od przeciwnego „faktu” prześwietnej kurii tylko jako wewnętrzne przekonanie człowieka, że nie jest katolikiem. Sprawy kościelne omija to więc szerokim łukiem. W Polsce z reguły skutkowało to ugrzęźnięciem w wieloletniej wędrówce po sądach, bo „postkomunistom” nie może być za łatwo – nawet tym urodzonym w III RP. 😉 Poza tym, podobnie jak w przypadku apostazji, wymagane jest świadectwo chrztu. Właściwa do tego parafia jest jednocześnie miejscem zamieszkania mojej leciwej i bardzo bogobojnej Mamuśki (przez wielką literę czczę Matkę moją). Mam właściwie pewność, że Matka moja padnie ofiarą mobbingu religijnego ze strony sprzedawców polis na życie wieczne. Mamuśka moja całym sercem jest związana z Kościołem, jest on dla niej jak woda dla ryby. Obawiam się, że bez tej święconej wody może nie pożyć długo.

Mam więc dylemat moralny. Brak wystąpienia z Kościoła uwiera duszę moją gdyż czuję się trochę jak niewolnik w kajdanach. Z drugiej strony, akt wystąpienia spowoduje cierpienie mojej Rodzicielki. Co robić? Mówiąc klasykiem – jak żyć?

Jako człowiek moralny moralnością naturalną i ewolucyjnie-kulturowo daną, nieświętoszkowatą i humanistyczną, postanowiłem nie występować. Dobro drugiego człowieka, zwłaszcza Rodzicielki jest ważniejsze od mojego egoistycznego dobra. Ponadto, wypadałoby też odkręcić ślub kościelny czyli fałszywie uznać, że małżeństwa nie było. Do tego sprowadza się tzw. rozwód kościelny czyli unieważnienie małżeństwa. Wystąpienie bez wystąpienia i rozwód bez rozwodu to dwie perełki katolickiej nauki społecznej. O nie, nie dam świętoszkom takiej satysfakcji.

Odkryłem wszelako, że rola katolickiego ateisty daje niespodziewane korzyści. Po pierwsze ukazuje absurd nieuznawania wystąpienia w dzisiejszym świecie. Każe postawić pytanie – co właściwie znaczy być katolikiem? Czy naprawdę zrytualizowane ochrzczenie niemowlęcia wystarczy? Już sprawa Edgardo Mortara czyli porwania przez Kościół dziecka żydowskiej rodzinie, bo w tajemnicy ochrzciła je niańka – która wstrząsnęła Europą w 1858 roku – pokazała do czego to prowadzi. Twierdzenie Kościoła (nawet jeśli półgębkiem), że nie można z niego formalnie wystąpić w 21 wieku stawia go po złej stronie historii – niebezpiecznie blisko prześladowań za porzucenie islamu, które przecież słusznie potępiają. Sami duchowni zaczynają dostrzegać tę dwuznaczność.

Po drugie, jako katolik mam prawo do krytyki. Wprawdzie w ograniczonym zakresie i z zastrzeżeniami, ale przyznaje to nawet Kodeks Prawa Kanonicznego. Nie jestem więc bezbożnikiem z zewnątrz, atakującym Świętą Matkę Kościół za poduszczeniem szatańskim. Jestem wiernym świeckim, który ma prawo wypominać zgorszenie i postulować reformy.

Postanowiłem więc z wystąpieniem zaczekać do kolejnego soboru, bo tylko on może coś z tym fantem zrobić. Jest szansa, że uwolni polskich biskupów od konieczności pisania lawiranckich listów do GIODO i tworzenia łamańców językowych w stylu „Zasady postępowania w sprawie apostazji dokonanej poprzez formalny akt wystąpienia z Kościoła„.

Na marginesie, nawet wystąpienie z KK „po włosku” nie zmieni jego propagandy gdyż zwykł on chytrze podawać do GUSu liczbę ochrzczonych jako wiernych. A ta się nie zmieni nawet gdyby nagle pół Polski „wystąpiło po włosku”.

To pisałem ja – katolicki ateista, przedstawiciel większości wśród ochrzczonych Polaków.