Doprawdy wspaniała wiadomość – wreszcie, po sześciu latach (!), okazało się o co chodzi z tą całą apostazją. „Guru apostazji” Robert Prochowicz spędził cały rok 2005 żeby „wychodzić” potwierdzenie, że „wystąpił z Kościoła zgodnie z prawem kanonicznym„. Potem podchodził do tego tematu z typowo religijną gorliwością (nie on jeden zresztą, jeśli to jakieś usprawiedliwienie). Ten żar misyjny doprowadził do tego, że w Polsce, jako jedynym kraju na świecie, powstała religijność a rebours – swoisty sakrament apostazji, którego dostąpienie warte było najwyższych poświęceń a także altruistycznej pomocy współwyznawców.

Religijny żar musiał mieć swoje źródło w religijnej motywacji. I oto – bingo! Robertowi „wpadła w ręce” książeczka byłego hiszpańskiego jezuity Luisa Padrosa, którego studiowanie Biblii doprowadziło do przejścia na baptyzm w lutym 1951 roku. W Polsce wydało ją „Słowo prawdy” w 1964 roku (aczkolwiek z przekładu angielskiego). Wzbudziła u niego taką euforię, że ją całą zeskanował (nie wiedząc, bo skąd, że jest od dawna dostępna w Internecie). Dzięki prostemu językowi jest nieocenionym prezentem dla protestantów i w latach 50-tych była przez nich kolportowana. 60 lat później robi to… apostazja.info. Ojciec Padrosa nie porzucił wiary katolickiej dlatego, że przestał wierzyć lecz dlatego, że „odnalazł Boga” poza nią. Była to konwersja, coś, czego nawet Kodeks Prawa Kanonicznego (kanon 751) nie uznaje za apostazję (sic!). Jego argumenty są na wskroś religijne i czyta się go – z całym szacunkiem – niewiele lepiej od „Strażnicy”. Pod koniec książki pada zdanie-cytat: „Myślę, że ojciec Padrosa znalazł prawdziwą drogę zbawienia„. Widocznie „Proch” znalazł ją w Kościele Chrześcijan Baptystów. I jeśli tak to bardzo dobrze – tylko po co było udawać, że ma to coś wspólnego ze świeckością?

A oto próbka prozy ojca Padrosa…