Z zaciekawieniem obserwowałem 2011 World Solar Challenge – największy na świecie wyścig pojazdów napędzanych jedynie energią słoneczną. 3000 kilometrów przez cały kontynent Australii. Niesamowity wyczyn. Ich moc jest mniej więcej taka jak odkurzacza a potrafią przekroczyć 150 km/h (średnia dla całego wyścigu to około 100 km/h). Wymaga to połączenia najlepszych na świecie paneli słonecznych, baterii, ekstremalnej konstrukcji i ogromnego poświęcenia kierowcy, który w straszliwym upale siedzi ściśnięty w środku, ledwo co widząc. A jednak biorą w tym udział uniwersytety z całego świata. Tegoroczne miejsca na podium są dokładnie takie same jak rok temu – złoto dla Japończyków, srebro dla Holendrów, brąz dla Amerykanów.
To co smuci to fakt, że ani teraz, ani nigdy wcześniej w wyścigu nie wziął udziału polski zespół. Po prostu „nas” tam nie ma. Są za to zespoły z krajów na które wolimy patrzeć z poczuciem wyższości – Turcji, Iranu, Arabii Saudyjskiej, Indii czy Malezji. A World Solar Challenge to nie tylko sportowa rywalizacja, ale także wpływ na badania nad aerodynamiką, bateriami i energią słoneczną. Panasonics, który dostarczył baterii dla ponownie triumfujących Japończyków, produkuje je dla samochodów elektrycznych. Z kolei Toyota Prius trzeciej generacji ma opcjonalny panel słoneczny na dachu, który „zbiera” dość energii słonecznej do obsługi klimatyzacji. W ten sposób zmniejsza zużycie paliwa. Związek między tymi trzema sukcesami Japonii jest oczywisty. One wręcz muszą iść w parze.

Niestety Polska co roku za grube pieniądze i naginając własną konstytucję produkuje magistrów teologii, którzy te cuda techniki mogą co najwyżej poświęcić i z których śmieje się nawet ksiądz Natanek. Część z nich pisze w pracach magisterskich kompletne pierdoły. Musi być niewesoło skoro niedawno biskupi „podzielili opinię przedstawicieli środowisk akademickich dotyczącą obniżającego się poziomu kształcenia na naszych wyższych uczelniach„. Rzucam więc hasło – w 2013 roku Polacy do Australii!