Wrocławski narodowiec zbada naukowo chrzest i apostazję

1461275_756556541082842_6877793484891981786_n

młody naukowiec :)

A to się porobiło! Po etapie artykułów prasowych i zagoszczeniu tematu na dobre w sądach administracyjnych kwestie chrztu, apostazji i wolności wyznania przechodzą do świata akademickiego. Pierwszą tego oznaką była konferencja „Ochrona danych osobowych w działalności Kościołów i innych związków wyznaniowych” na Uniwersytecie Łódzkim. Teraz zmierzy się z nim student Uniwersytetu Wrocławskiego Paweł „Jogi” Jagiełło. Dostał grant Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego na projekt „Chrzest niemowląt i akt apostazji a zasada wolności wyznania na przykładzie Kościoła Katolickiego i systemów prawnych wybranych państw„. Co w praktyce znaczy, że może się z tego utrzymać – dostanie 2500 zł miesięcznie. Projekt najwyraźniej został wysoko oceniony pod względem wartości naukowej (przyznaje się od 0 do 40 punktów). To ciekawe, bo my w Wystap.pl już to wszystko zbadaliśmy za darmo włącznie z pomocą Ambasady Austrii. Nie chwaląc się poprzeczkę ustawił sobie wysoko. 😀

Smaczku sprawie dodaje fakt, że Paweł jest zaangażowanym religijnie działaczem skrajnej prawicy. W wyborach prezydenckich popierał Mariana Kowalskiego. W zeszłym roku kandydował na radnego Wrocławia i otrzymał 82 głosy. Dzięki sowitemu grantowi kariera naukowa stoi przed nim otworem. Trzymamy kciuki! :-)

badania nad apostazją

Po trzech latach projekt „ustawy Prochowicza” idzie do kosza

dokoszaSiódma kadencja Sejmu zbliża się do końca. Zgodnie z tzw. „zasadą dyskontynuacji” wszystkie nieuchwalone projekty ustaw trafią do kosza. W założeniu to jedyny mechanizm odsiewania nieudanych pomysłów. Jednym z nich jest projekt skreślenia osławionego „i 3″ ustawą czyli „ustawa Prochowicza”. Pojawił się dokładnie 3 lata temu i do dzisiaj nie został rozpatrzony przez Komisję Spraw Wewnętrznych. Politycznie i tak od dawna go nie ma. Opiera się na czystej formalności – przynajmniej 15 niewycofanych podpisach posłów, bez względu na ich późniejszą przynależność klubową. Jest to akurat potwierdzenie przysłowia, że kradzione nie tuczy. Genezę tego projektu szczegółowo opisałem w tekście „Dlaczego upadła sekta apostatów” jako powód 10. Od razu też napisałem, że „Ruch Palikota wsiada do naszego pociągu, ale bilety zostały już tylko na wagon rowerowy” i przewidziałem jego los – „projekt będzie miał szczęście jeśli w ogóle trafi do pierwszego czytania„. Z wyjaśnieniem dlaczego był niedźwiedzią przysługą dla środowiska, którego dotyczył.

Klerykalny ustrój Polski nie tylko tę napisaną na kolanie amatorszczyznę przetrwał, ale obrócił na swoją korzyść – w pierwszym i ostatnim ruchu w sprawie tego projektu 7 lutego 2013 roku Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka uznała, że skreślenie „i 3″ naruszałoby art. 25 ust. 3 Konstytucji. Czyli to nie „i 3″ narusza Konstytucję tylko jego skreślenie! Jak z prawie wszystkim czego się dotknął Janusz Palikot – jest gorzej niż było. W 2012 roku była realna szansa na wniesienie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności „i 3″ (potrzeba 50 posłów). Gdyby się to udało byłoby dawno po wszystkim. Kiedy już wydawało się, że sprawy są na dobrej drodze wszystko zepsuł „pociągający za sznurki w apostazji w Polsce” bloger Robert Prochowicz, który postanowił się wylansować na ukradzionym temacie. Palikot zamienił wniesienie tematu do Trybunału Konstytucyjnego na depeszę PAP a to, że zaszkodził zamiast pomóc to problem tych, którym pomagał. Gdyby wniósł tam pięć od lat zamiatanych pod dywan tematów zostałby prawdziwym liderem, ale mając 43 posłów na 50 potrzebnych nigdy się nawet o to nie postarał. W efekcie na własną prośbę stracił klub, partię, znaczenie i zdobył 1,4% w wyborach prezydenckich.

Cała ta batalia to jedna wielka feeria zawodów i rozczarowań.

Janusz Palikot jest zawiedziony, że jego Wielkie Majowe Przyklejenie Kartki wzbudziło tylko zażenowanie.

Robert Prochowicz jest zawiedziony, że jego pięć minut czyli „wartościowy projekt ustawy o skutecznej apostazji z kilkoma błędami, ale nie ma co drzeć łacha” idzie do kosza.

Środowisko pół miliona polskich apostatów” jest zawiedzione, że zniknęło jak kamfora.

Konferencja Episkopatu Polski jest zawiedziona, że nie dostała zatwierdzenia Watykanu dla projektu dekretu.

Kardynał Dziwisz i arcybiskup Skworc są zawiedzeni, że zostali oszukani przez GIODO w sprawie swoich dekretów.

Arcybiskup Andrzej Dzięga jest zawiedziony, że Rada Prawna KEP wyszła na kompletnych amatorów.

Księża są zawiedzeni, że zostali zmuszeni przez biskupów do walki z urzędem o ich wpływy.

Świadkowie Jehowy w Polsce są zawiedzeni, że zostali zmuszeni do walki, której w ogóle nie powinno być.

Biuro Analiz Sejmowych jest zawiedzione, że musiało napisać, że skoro nie ma derogacji to można uznać, że jest.

Wojciech Wiewiórowski jest zawiedziony, że rozpętał wojnę polsko-wiewiórowską.

Nowa szefowa jest zawiedziona, że odziedziczyła po nim stajnię Augiasza.

Pracownicy Biura GIODO są zawiedzeni, że zostali upodleni i sprowadzeni do przerabiania gotowców.

Naczelny Sąd Administracyjny jest zawiedziony, że został sprowadzony do roli „dawania dupochronów” dla ministrów.

Skarżący są zawiedzeni, że od pięciu lat czekają na decyzje – na co są dwa miesiące.

Adwokaci są zawiedzeni, że dostają sprawy bez sensu i bez zysku zamiast zarabiać na firmach.

Ewa Kulesza jest zawiedziona, że została Czarnym Piotrusiem, który do tego wszystkiego doprowadził.

Bilans to zmarnowane pięć lat, zmarnowane tysiące godzin pracy tuzinów ludzi, kompromitacja sądów administracyjnych, demoralizacja uczestników dramatu i autodelegitymizcja państwa (czyli to co właśnie z hukiem wypełzło spod dywanu). Wszystko w imię rzuconego półgębkiem na komisji sejmowejniedomniemywania uprawnień„.

Najciemniej pod latarnią – urzędnicy Biura GIODO niechcący ujawnili własne nazwiska

sami się zaorali

samozaoranie poziom master

Bronią naszych danych osobowych a własne przeciekły im przez palce! Mimo iż szeregowi pracownicy Biura GIODO są anonimowi i nawet skarżący znają tylko ich inicjały w sygnaturach swoich spraw, ich nazwiska znalazły się… na ich własnej stronie internetowej! Na ślad kompromitacji trafiłem analizując zanonimizowane decyzje GIODO. Są ich setki do przeszukiwania według zagadnień lub rodzaju instytucji, wszystkie w starym i zamkniętym formacie Microsoftu do edycji tekstu zamiast w przeznaczonym do czytania dokumentów otwartym standardzie międzynarodowym PDF/A-3. Ta polityka jest podwójnie fatalna. Nie tylko fatalny jest format edycji, ale także sam fakt edytowania.

Format jest fatalny, bo dzisiaj w Europie narzucanie petentom używania płatnych programów Microsoftu to pijarowe sepuku. Trend jest dokładnie odwrotny – format ODF nigdy nie był tak silny. Nawet nie tu jest jednak problem. To w ogóle nie powinny być dokumenty „edytowalne” (nad którymi się pracuje) tylko do czytania. Z używania złego narzędzia wynikają dwa zasadnicze problemy. Po pierwsze umożliwienie każdemu internaucie edytowania setek decyzji jest w najlepszym wypadku zaproszeniem do żartów a w najgorszym – do przestępstw.
decyzja lekko zmieniona
Potrafię sobie jednak wyobrazić znacznie bardziej niecne zastosowania. Łatwość z jaką można to wykorzystać do dezinformacji jest porażająca. GIODO jedną ręką donosi do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów a drugą prosi się o kłopoty.

Po drugie – i to już jest dramat – pliki *.doc zachowują dodatkowe informacje potrzebne do pracy nad tekstem. W ten sposób wyszło na jaw, że Biuro GIODO drukuje na Hewlett Packard LaserJet 6P (produkowany w latach 1996-99) przez port LPT1. Pal licho drukarkę – w każdym pliku widać nazwiska osób zajmujących się daną sprawą. Równie dobrze mogliby je pisać w sygnaturze sprawy. W przypadku kościołów byli to (w takiej formie jak zapisano):

              1. A. Moranowicz                         6. M. Makowska
              2. E. Góralska                               7. Beata Konieczna
              3. J. Wiśniewska                          8. Renata Roguska
              4. K. Nawara                                 9. Łukasz Zięba
              5. M. Bargiel                                10. Piotr Twardy

Znalezienie pierwszej dziesiątki wymagało cierpliwości, ale nie wiedzy – wystarczy otworzyć pliki w edytorze WordPad i grzebać do skutku. Pracownicy sami się wpisali do Worda po czym sami je udostępnili. Wieloletnie przyzwyczajenie do złego z reguły kończy się źle i tu nie było wyjątku. Każdy inny urząd mógłby się bronić głupotą. Nasi obrońcy z Biura GIODO są jednak w tej szczególnej sytuacji, że nikt w ich głupotę nie uwierzy, bo za 15 milionów złotych rocznie – w tym 614 tys. zł na trzynastki – edukują nas jak chronić dane osobowe i łają za bezmyślność. Jeśli nic się nie zmieni to nazwiska z przyszłych decyzji będę publikował. Władza jest bliżej ludzi oraz zwierząt i podejmuje działania lecz najlepszą motywacją jest kompromitacja z dyskretną nutą strachu.

dont-worry-were-from-the-internet

Prawa kościołów są oczywiste, wiernych – podejrzane

mottoW 2013 roku Naczelny Sąd Administracyjny pogubił się próbując znaleźć odpowiedź na pytanie czy obywatel ma coś do powiedzenia w sprawie swojej własnej przynależności do kościoła. Z pierwszych czterech wyroków w marcu i kwietniu wynikało, że niekoniecznie. Dopiero przy „drugiej serii” w październiku zwyciężył pogląd, że jednak tak. Byłoby to śmieszne gdyby nie było tak smutne. Oznacza bowiem, że konstytucja z 1997 roku ma jedną cechę wspólną z PRL-owską z 1952 roku – jest dobra tylko mało używana. „Wolność religii dotyczy również wystąpienia ze związku wyznaniowego” – doniosła jakby ze zdziwieniem w lipcu 2013 „Gazeta Prawna”. Co i tak oznaczało wówczas jedynie, że gwarancją wolności sumienia i wyznania w Polsce jest „instrukcja Michalika” czyli ściągawka dla proboszczów wrzucona na episkopat.pl. Dopiero na widok tego kuriozum NSA trzy miesiące później doszukał się suwerenności Polski (co padło wprost w uzasadnieniach). W ten sposób prawie ćwierć wieku po „odzyskaniu niepodległości” w 1989 roku wolność religijna w Polsce znalazła potwierdzenie jako tejże niepodległości konsekwencja. Inaczej mówiąc – groch z kapustą. Ani słowa o całym (tragicznie obcym) dorobku na ten temat, choćby w komentarzu generalnym numer 22 Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka z 30 lipca 1993 roku (jednocześnie z podpisaniem w Polsce konkordatu!) czy raporcie Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. Nietolerancji Religijnej z 30 grudnia 1996 roku (punkty 70-80). Jeśli do wolności sumienia i wyznania dochodzi się przez suwerenność państwa to znaczy, że nikomu na niej nie zależy i tylko czekać aż ktoś ją schowa do szafy. Uderz w stół a minister Andrzej Lewiński się odezwie.Wydaje się, że każdy ma prawo przyjąć do swojego grona kogoś, kto spełnia wymagane warunki i każdy ma prawo określić w jaki sposób można wystąpić z określonej organizacji” – powiedział niedawno dla PAP. Tak mu się wydaje i co mu kto zrobi?

Jest zupełnie inaczej kiedy mówimy o prawach kościołów. Pokazała to sprawa Jonathana W. – obywatela Wielkiej Brytanii wyznania mojżeszowego, który chciał przynależeć do gminy żydowskiej w Krakowie. Okazało się, że w styczniu 1997 roku posłowie wymyślili, że żydów z importu nam nie potrzeba i wpisali do ustawy o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich, że nie mogą być wyznawcami i koniec (typowy przykład „pisania kura przez ó” w ustawie). Pan Jonathan doprowadził do tego, że głupi przepis znalazł się w Trybunale Konstytucyjnym. Marszałek Sejmu Ewa Kopacz w stanowisku z 18 czerwca 2014 roku zamiast przyznać to co widać gołym okiem jęła przekonywać, że to… wewnętrzna sprawa rabinów.

cale2

Kluczowe jest zdanie „w warunkach obowiązującego konstytucyjnego modelu stosunków państwo-kościół nie do pomyślenia jest sytuacja, w której władze publiczne miałyby zmuszać związek wyznaniowy do przyjęcia do swego grona osoby niepożądanej przez ów związek„. W porządku, ale spójrzmy na drugą stronę tego medalu. Powstanie zdanie „w warunkach obowiązującej wolności sumienia i wyznania nie do pomyślenia jest sytuacja, w której władze publiczne miałyby uznawać za wiernego związku wyznaniowego człowieka, który sam temu zaprzecza„. Jest to dokładnie ta sama zasada dobrowolności wiary. Amerykanie przerobili to w latach 80-tych dzięki niepozornej pielęgniarce Marian Guinn. To jednak nie tylko jest do pomyślenia, ale tak przez długi czas było. Skończyło się to wymęczonymi wyrokami NSA na trójkę (co nawet nie było jego winą). A Biuro GIODO za chamskie wmawianie ludziom, że są katolikami tylko o tym nie wiedzą udzieliło sobie rozgrzeszenia trzema słowami: „skomplikowana sytuacja prawna„.

Pierwszym, który odkrył przydatność wyroku VI ACa 81/03 (w istocie dotyczącego shunningu religijnego Świadków Jehowy) do forsowania hegemonii kościoła nad wiernym – cztery lata przed panią marszałek – był Marcin Krzemiński z Kancelarii Prawa Kanonicznego „Kanonista”. Napisał o tym do „Dziennika” już w sierpniu 2010 (strzelając byka przy doktrynie Kościoła, którą odwrócił, bo gdzieś mu dzwoniło tylko nie w tym kościele). Marszałek Sejmu Ewa Kopacz mówiła adwokatem kościelnym. I nawet nie to przeraża tylko łatwość z jaką – swoim podpisem – sklerykalizowała prostą sprawę. Pod wpływem opinii Sejmu Trybunał Konstytucyjny w ogóle nie wydał wyroku, uciekając najpierw w pokrętne wyjaśnienia dlaczego „nie może” a potem i tak „sygnalizując” Sejmowi, że ustawę trzeba zmienić (czyli przerzucając własne zadania na Sejm). Czyli nie skrytykował radosnej twórczości posłów kto może być żydem tylko przeciwnie – uznał ją za nieistotną. To logiczna konsekwencja ignorowania wiernych. Zdanie odrębne (które sprowadzało się do tego, że przynależność do wyznania nie może być organiczona warunkiem polskiego obywatelstwa, co Trybunał powinien przecież poprzeć w imię tak hołubionej wolności religijnej!) zgłosił jedynie sędzia Wojciech Hermeliński. Tym razem o „źrenicy konstytucji”, jak nazwano wolność religijną w sprawie uboju rytualnego, sędziowie Teresa Liszcz, Andrzej Rzepliński (katolik nagrodzony przez papieża za zasługi dla Kościoła), Leon Kieres (bezstronny były prezes IPN) oraz Marek Kotlinowski (bezstronny były prezes ultrakatolickiej Ligii Polskich Rodzin) jakoś nie pomyśleli.

Nasza nierówna walka o zbilansowanie praw wiernego i jego kościoła – by zapewnić dobrowolność wyznawania wiary – była nie tylko publiczna, ale bardziej uzasadniona niż pismo obecnej premier do Trybunału Konstytucyjnego – ale zrobiono wszystko, by ją zatrzymać i sprowadzić do skądinąd nawet nieprzeczytanego kanonu 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego (co samo w sobie pokazało jak bardzo była potrzebna). Dlatego na tę z trudem wywalczoną kruchą równowagę nadal są ataki, by przywrócić nieznany poza Polską „sakrament apostazji”. Jak na ironię to wszystko dzieje się przy doprowadzonej do absurdu klauzuli sumienia, która jest bliźniaczką prawa do porzucenia religii. Tymczasem Rzecznik Praw Obywatelskich odcięła się nawet od minimalistycznego postulatu powrotu do stanu z lat 1990-1997 czyli niepłacenia za – wprowadzone prawem zwycięzcy – lekcje religii. Nie z tej nadal niedostatecznej równowagi powinien się wycofać Naczelny Sąd Administracyjny tylko z idiotycznej, ignorowanej przez Kościół i przemilczanej na śmierć zasady, że katolicy nie mają prawa do decyzji GIODO. Taka jest „obecna interpretacja” cyfry 3 stosowana przez Biuro GIODO od 15 miesięcy. Tyle zostaje ze „źrenicy konstytucji” po zdrapaniu lakieru.

Powołano pełnomocników biskupów ds. ochrony danych osobowych

619018d9-a6e8-4879-bd03-608357c640a1

pełnomocnicy pomogą proboszczom przejść przez matnię procedur

Pełniący obowiązki GIODO Andrzej Lewiński poinformował prasę (via PAP), że w dwóch diecezjach biskupi powołali pełnomocników ds. ochrony danych osobowych. „Bardzo mnie to zbudowało, bo wciąż są państwowe instytucje i urzędy, które takich osób nie posiadają” – skomentował. Nawet jeśli wygląda to na próbę zatarcia złego wrażenia po grudniowej naradzie z udziałem rządu i biskupów to sama informacja jest istotna.

Tak się składa, że powołanie takich pełnomocników jako sposobu na wyciągnięcie Kościoła z czarnej dziury niepodlegania niczemu przedstawiliśmy GIODO w połowie 2011 roku – z informacją, że tą drogą poszła Konferencja Biskupów Niemiec. Wówczas dr Wojciech Wiewiórowski „z szacunku do kościoła katolickiego nie zajął stanowiska w tej sprawie„. Opisano to we wpisie „Odwrót KEP-u na z góry upatrzone pozycje” z 11 października 2013:

W 2011 roku przedstawiliśmy GIODO informację, że biskupi niemieccy w 1994 roku powołali w swoich diecezjach pełnomocników ds. ochrony danych osobowych. Mają oni za zadanie dbać o znajomość i przestrzeganie prawa przez duchowieństwo diecezjalne oraz zajmować się wszelkimi skargami na parafie. Takie rozwiązanie pozwoliłoby ucywilizować temat i zalepić czarną dziurę niepodlegania prawu w którą Kościół wepchnęli Ewa Kulesza i Michał Serzycki – wskazywaliśmy. Alternatywą mógłby być referat ds. danych osobowych w Sekretariacie KEP, pełniący rolę pomostu między Biurem GIODO a duchownymi. Wówczas GIODO „z szacunku do Kościoła” całkowicie nas zignorował. Teraz Episkopat Polski ma do wyboru – pójść drogą biskupów niemieckich albo organizować tajne narady jak chachmęcić i zachować kolonialne stosunki z GIODO, czyli tą, która właśnie doprowadziła do świeckiej kontrofensywy Wystap.pl.

Czyli jedyne sensowne rozwiązanie wygrało po prawie czterech latach – tylko niestety już nie jako oznaka rozsądku, odpowiedzialności i dobrej woli tylko paląca konieczność pomocy proboszczom w zachowaniu terminów i przejściu przez matnię procedur. Ministra Lewińskiego zbudowało to trochę na wyrost, bo realną odpowiedzią Kościoła było całkowite milczenie póki to on odwalał dla niego czarną robotę czyli umarzał skargi.

Druga realna informacja w depeszy PAP to jego oczekiwanie na cztery wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego „w najbliższych miesiącach„. Chodzi o skargi kasacyjne Biura GIODO od bałamutnych i skrajnie prokościelnych wyroków WSA w Warszawie (patrz: Przełom – GIODO skapitulował i sam obala „i 3″, 17 listopada 2014). Ponieważ zwykły czas oczekiwania na wyrok NSA to prawie dwa lata a czwarty wyrok WSA zapadł w lutym może to oznaczać, że podjęto działania, by załatwić dla nich ścieżkę priorytetową stosowaną „w uzasadnionych przypadkach”. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku czeka nas kolejny maraton sądowy w NSA (wiele rozpraw w tej samej sprawie jednego dnia). Oczekiwania Biura GIODO wobec niego zdradzają w odniesieniu do „i 3″ słowa „obecna interpretacja„.

źródło: Polska Agencja Prasowa
przedruki – TVN24, Wyborcza.pl, Lex.pl, Onet.pl, Deon.pl, Interia.pl, Rzeczpospolita, Puls Biznesu

Jak trwoga to do… Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu

strona tytułowa

GIODO na dywaniku
przed Komisją Wspólną

Kiedy w styczniu 2011 roku po rozpoczęciu przez Biuro GIODO umarzania jakichkolwiek skarg na parafie napisałem o „rządzącej Polską pospołu przez rząd i biskupów Komisji Wspólnej, istniejącej z łaski towarzysza Stalina” (powstała w 1949 roku) nie mogłem przypuszczać co stanie się cztery lata później. Tymczasem były to słowa prorocze ponieważ w grudniu 2014 roku to sam podniesiony przez Wystap.pl temat dopiekł biskupom tak mocno, że trafił… tak, pod obrady tejże Komisji Wspólnej Przedstawicieli Rządu i Episkopatu!

Dzień przed zebraniem w siedzibie KEP puszczono „zajawkę”, ale porządku obrad dotyczyło tylko zdanie „głównym tematem posiedzenia będzie pielgrzymka Ojca świętego Franciszka do Polski w 2016 roku„. Głównym czyli jedynym o którym dało się napisać a reszta nieznana. Na szczęście mamy już protokół :) więc możemy napisać, że rozmawiano o wydawaniu proboszczom przez GIODO (nadal przeraźliwie słabych i wiszących na włosku) decyzji administracyjnych. Porządek zebrania poniżej.

maglowanie GIODO
Na zebranie zaproszono (pozostańmy przy tym słowie, bo przecież nie napiszemy, że wezwano) p.o. GIODO Andrzeja Lewińskiego i dyrektor Departamentu Orzecznictwa, Legislacji i Skarg Monikę Krasińską (przez którą przechodzą wszystkie skargi na parafie). Dodajmy, że była to druga wizyta kierownictwa Biura GIODO w siedzibie Konferencji Episkopatu Polski. Podczas pierwszej 25 czerwca 2013 roku GIODO ustalił z obecnym prymasem, że biskupi dadzą mu podkładki do umarzania skarg w postaci pisma o watykańskim okólniku z 2006 roku i na tej podstawie da się wszystko tak umorzyć, że zostanie po staremu czyli z zachowaniem faktycznego niepodlegania Kościoła ustawie. Ten genialny plan realizowano przez całe trzy miesiące, bo w październiku 2013 roku złamaliśmy mu kręgosłup. Purpuraci chcą za wszelką cenę wrócić do tamtych ustaleń. Ponieważ sądy są dla frajerów poskarżyli się polskiemu rządowi, który formalnie nie ma z tą sprawą nic wspólnego. Głos zabrało dwóch arcybiskupów (prymas i przewodniczący Rady Prawnej KEP), p.o. GIODO Andrzej Lewiński oraz Minister Administracji i Cyfryzacji Andrzej Halicki. Ten ostatni wpadł na kolejny genialny pomysł, że skoro wspólnie z Naczelnym Sądem Administracyjnym rozbiliśmy państwowo-kościelny układ GIODO-KEP to trzeba go z powrotem posklejać czyli „wypracować wspólne stanowisko„. Wiceminister Lewiński rzucił pomysł wspólnego giodokościelnego wniosku do Naczelnego Sądu Administracyjnego o uchwałę 7 sędziów, przywracającą status quo czyli niepodleganie ustawie plus wyższość fanaberii kilku biskupów nad Konstytucją. Miejmy nadzieję, że przekaże sądowi przy najbliższej okazji te ustalenia osobiście, bo jak się sąd dowie co ma zrobić z drugiej ręki to siłą rzeczy wyjdzie gorzej. :-)

cale

–> ustalenia dot. GIODO na Komisji Wspólnej 17 grudnia 2014 <–

Oczywiście to tylko protokół z posiedzenia a co ustalono poza protokołem i w kuluarach to Bóg raczy wiedzieć. I ten obrazek mówi w istocie więcej niż blisko tysiąc wpisów na Wystap.pl w ciągu tej kompromitującej Polskę batalii. Podczas gdy skarżący nie mogli się od GIODO dowiedzieć nawet czemu umorzył ich skargi (sic!) i trzeba było wyszarpywać pazurami dosłownie wszystko włącznie z kontaktem, bo urząd nie ma obowiązku udostępniać kontaktu, arcybiskupi nie tylko mogą rozmawiać z kierownictwem urzędu o szczegółach twarzą w twarz, ale to samo kierownictwo jest wzywane w rzeczywistości na rozmowę dyscyplinującą a członek rządu ustala co ma być zrobione przed kolejną rozprawą w sądzie (skądinąd piękny prezent dla nowego GIODO przed głosowaniem 8 kwietnia w Sejmie). Lepiej tej parodii prawa nie dało się pokazać także merciTen pięcioletni cyrk coraz bardziej przypomina aferę mięsną sprzed dokładnie 50 lat.

Tak GIODO idzie w NSA

Każdy urząd państwowy ma swoją historię sukcesów i porażek w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, ale nie jest to takie proste żeby dotrzeć do szczegółów. Informacje są rozsiane w różnych załącznikach do załączników, których dopiero trzeba wiedzieć gdzie szukać. Specjalnie dla PT Czytelników zainteresowanych skutecznością Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych poniżej wydestylowana tabelka wszystkich spraw z jego udziałem od 2006 roku (na podstawie oficjalnych danych NSA).

GIODO w NSA 2006-2014

  GIODO-w-NSA-2006-2014.jpg (334,9 KiB, Ilość pobrań: 164)

Jak widać w 2013 roku GIODO zaliczył istny pogrom ze strony naszego środowiska – największe lanie w historii urzędu i to na własną prośbę. Dzięki temu w styczniu 2014 doszło do pierwszego przełomu, który w niezmienionej formie trwa do dziś. W lutym 2014 roku wygraliśmy trzynastą sprawę jednak było zbyt wcześnie, by dokończyć dzieło. Łącznie Naczelny Sąd Administracyjny przyznał rację osobom walczącym o deklerykalizację Biura GIODO we wszystkich swoich orzeczeniach (w jednym częściowo z powodów w zasadzie formalnych). Samobójcza polityka GIODO sprowadzająca się do autorskiego pomysłu, że musi wszystko przegrać z hukiem i kretesem żeby było normalnie sprawdza się w 100%. :-) Ostatnio urząd nawet pomaga w wygrywaniu ze sobą nie przychodząc na rozprawy. Roku 2015 nie podsumowujmy, bo dopiero marzec… 😉

Z tabelki jasno wynika, że wygrać z GIODO jest trudno, ale prawnicze Himalaje to wygrać wyrok tzw. reformatoryjny czyli po prostu oceniający sprawę na nowo. Dzieje się tak ponieważ wciąż obowiązuje nieżyciowa zasada, że warunkiem takiego wyroku jest brak zarzutów proceduralnych (zmieni się to za kilka miesięcy i będzie to rewolucja). Póki co pełnomocnicy skarżących są zmuszani do prawniczego pokera – walczyć o wyrok pewniejszy, który niewiele daje lub ryzykować reformatoryjny o który w istocie chodzi. Skutkiem pierwszego jest także pół roku opóźnienia w powrocie sprawy do GIODO. Dwa takie „prawdziwe” wyroki – z zaledwie 8 w ostatniej dekadzie – wygrał mec. Marcin Górski z Kancelarii TGA w Łodzi. Nawet tu jednak sąd stracił okazję, by załatwić sprawę wzorowo i do końca przez co ze sztucznego problemu „i 3″ zrobiła się droga krzyżowa – nie wiadomo już nawet czyja. Trzy miesiące temu przyznał to p.o. GIODO Andrzej Lewiński mówiąc, że „sytuacja do tej pory jeszcze wisi w pewnym zawieszeniu”.

Trzeci wniosek – łączna liczba spraw w ciągu ostatnich trzech lat utrzymuje się na poziomie 50 rocznie. Z reguły są zbierane w ciąg i rozpatrywane kolejno w tej samej sali NSA po 30 minut na sprawę. Jest prawem dorosłych obywateli je obserwować. Żeby je znaleźć trzeba w systemie e-Wokanda wpisać symbol ochrony danych osobowych 647. Zgodnie z instrukcją – proszę nie wchodzić z nożem.

9 czerwca 2015: Zmiana o której mowa w trzecim akapicie wejdzie w życie 15 sierpnia. Por. depeszę PAP i omówienie zmian.

„dokument o apostazji”: trzy lata czekania na Godota

Dzisiaj mijają trzy lata od uchwalenia przez Konferencję Episkopatu Polski – nadal nieopublikowanego – projektu „dokumentu o apostazji”. Po kompromitacji z opartą na niczym ściągawką dla proboszczów beztrosko wrzuconą na episkopat.pl i publicznym końcu mitu jej obowiązywania w styczniu 2012 roku, biskupi ostatecznie przyjęli bardziej wyważony i stonowany projekt „ogólnopolskiego” dekretu w tej sprawie 13 marca 2012 roku. Nieoficjalnie wiadomo, że nosi tytuł „Dekret ogólny Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła„. Był to jednak dopiero pierwszy krok ponieważ KEP nie może czegoś takiego ogłosić bez zgody Watykanu (kontrolę dodatkowo zaostrzono w 2006 roku). Wysłano go więc w odpowiednie ręce (Watykan ocenia nowe zasady zastępujące „apostazję KEP-owską”, 23 sierpnia 2012) i zaczęło się czekanie na tzw. recognitio (zatwierdzenie projektu dające prawo do jego ogłoszenia). Episkopat czekał… i czekał… i czekał… i czeka do dzisiaj.

odp proboszcza s1Czekamy na to. Trudno powiedzieć, kiedy przyjdzie” – powiedział prymas w styczniu 2014. Dwadzieścia dni później po rozmowach w Watykanie przekazał ostatni strzęp informacji: „Ewentualnego doprecyzowania dotyczy także dokument o apostazji na którego recognitio czekamy„. To, że „sprawa się zatrzymałaprzyznał w grudniu Maciej Kawecki w dyskusji w Racjonalista TV. I najwyraźniej do hierarchii dociera, że tego recognitio nie będzie a przynajmniej nie po to żeby ratować kolonialne stosunki z polskim urzędem. Otóż pewien proboszcz Archidiecezji Warszawskiej wysłał niedawno przygotowane pismo z którego przebija świadomość braku wsparcia Watykanu. Pisze tak:

(…) w kwestii procedury formalnej apostazji Kodeks [Prawa Kanonicznego] się nie wypowiada, gdyż ustawodawca [tj. papież – MP] celowo pozostawia to zagadnienie w kompetencji kościołów partykularnych.

Hmm… raczej się nie wypowiada, bo w 1983 roku nikomu się nie śniło o jakimś „actus formalis defectionis” wymyślonym przez kardynała Herranza 23 lata później, ale idźmy dalej…

Status Kościoła partykularnego w Kościele katolickim, a w naszym przypadku instytucji Konferencji Episkopatu Polski (KEP), jest w zupełności kompetentny do uregulowania ww. procedury (kan. 755 par. 2 KPK). Stąd dla Kościoła katolickiego w Polsce to KEP ustanawia normy obowiązujące w tej materii.

Sięgnijmy do tego kanonu, który – jak twierdzi ksiądz prałat Henryk Bartuszek – załatwia problem recognitio od ręki. Okazuje się, że mówi o… popieraniu ruchu ekumenicznego i kierowaniu nim wśród katolików. :) To już nawet nie jest manipulacja tylko desperacja i całkowity upadek. Do którego doprowadziła bandyterka polityczna polskich biskupów przyzwyczajonych do przesłuchiwania rządu, bo przecież nic innego. Nieprzypadkowo takiej farsy poza Polską nie ma nigdzie na świecie. Pismo to nie mogło powstać bez wiedzy kardynała Nycza. Najwyraźniej hierarchia sama już nie wierzy, że Watykan ich ocali przed skutkami własnej pychy.

Po trzech latach czekania na recognitio jak na Godota czas spojrzeć prawdzie w oczy i zrobić rachunek sumienia. Zaczynając od siedmiu grzechów głównych.

Krakowski proboszcz kłamie sądowi w oczy

kuria krakowska

Proboszczowie na których spadła jak żaby egipskie sprawa o „wystąpienie po włosku” często nie potrafiąc zareagować jak przystoi reagują jak potrafią. W użyciu było już wszystko od straszenia parafianami przez wezwanie do Urzędu Parafialnego, wyzywanie od kretynów do chowania się przed GIODO jak ongiś przed armią. Pewien krakowski proboszcz wniósł te metody na kolejny poziom – najpierw zignorował 30-dniowy termin na złożenie skargi do sądu a potem łgając temu sądowi w żywe oczy chciał żeby spojrzał na to przez palce. Czegoś takiego nie chciała żyrować nawet pani sędzia Ewa Grochowska-Jung. A było tak: 31 lipca proboszcz osobiście odebrał „drugą i ostateczną” decyzję GIODO.

Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych wydał w dniu […] lipca 2014 r. decyzję nr […] w przedmiocie przetwarzania danych osobowych. Odpis przedmiotowej decyzji wraz z prawidłowym pouczeniem o sposobie i terminie wniesienia skargi do sądu administracyjnego doręczono stronie skarżącej w dniu 31 lipca 2014 r. (ZPO K-160b akt administracyjnych).

Widocznie naoglądał się trajkoczącej posłanki Krystyny Pawłowicz, bo – mimo, że miał aż 30 dni na złożenie gotowej skargi do sądu – rzucił ją w diabły i przypomniał sobie o niej dwa miesiące później. Czyli po jej uprawomocnieniu na jego własne życzenie. Dopiero wtedy zaczął się starać o przywrócenie terminu. Tu jednak napotkał trudność – sam podpisał odbiór 31 lipca. Wymyślił więc coś takiego:

W dniu 10 października 2014 r. (data nadania k-24 akt sądowych) Proboszcz Parafii Rzymskokatolickiej […] z/s w K. wniósł do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie skargę na powyższą decyzję wraz z wnioskiem o przywrócenie terminu do wniesienia skargi. W uzasadnieniu wniosku oraz piśmie z dnia 13 stycznia 2015 r. skarżący wskazał w pierwszej kolejności, że decyzja nie została prawidłowo doręczona, tzn. do rąk samego skarżącego. Poinformował, że w okresie wakacyjnym (od 20 lipca do 19 sierpnia 2014 r.) przebywał na wyjeździe związanym z kwestiami duszpasterskimi. Po powrocie w dniu 3 października 2014 r. odkrył na parapecie kancelarii parafialnej stos korespondencji kierowanej do niego i do Parafii, w tym również przesyłkę z powyższą decyzją. Poinformował, że nie ma wiedzy kto w jego imieniu odebrał powyższą przesyłkę, dodał też, że nie posiada innego dorosłego domownika, który byłby uprawniony do odbioru korespondencji w rozumieniu przepisów kodeksu postepowania administracyjnego. Odnosząc się natomiast do podpisu widniejącego na zwrotnym potwierdzeniu odbioru zaskarżonej decyzji stwierdził, że istotnie przypomina on jego własny podpis – być może osoba odbierająca decyzję i składająca podpis pod jego nieobecność wiedziała, że skarżący nikogo nie upoważnił do odebrania decyzji, była więc przekonana, że powinna złożyć podpis w maksymalnym stopniu przypominający własny podpis skarżącego, tak jakby decyzję odbierał sam skarżący. Z tych wszystkich powodów w ocenie skarżącego uchybienie terminu należy uznać za niezawinione wobec braku wiedzy o doręczeniu decyzji.

Wiesz, że jest źle kiedy z własnych kolegów robisz przestępców żeby wyjść na swoje… Tak więc duchowny był cały miesiąc na wyjeździe do 19 sierpnia, ale wrócił 3 października. Najwyraźniej był w Rzymie i wrócił piechotą. Nie napiszemy kto brnął w tę żenadę, bo się papież przerazi jakiego ma kapelana. Sąd 10 lutego zrobił z tym jedyne co mógł czyli odrzucił. Proboszcz stracił podwójnie – i prawo do skargi i twarz i eksperymentuje na sobie postępowanie egzekucyjne. Plusem dodatnim tej sprawy jest to, że nawet dotychczas przychylni Kościołowi sędziowie WSA w Warszawie rysują granice swoich ustępstw.

zezwolenie kurii

Można by te żałosne wykręty na poziomie przyłapanego gimnazjalisty uznać za prowadzone na własny rachunek gdyby nie drobny szczegół. To sama kuria Archidiecezji Krakowskiej uznała, że jej proboszczowie potrzebują zgody na występowanie do sądu. Uzasadniają to kanonem 1288 KPK: „Zarządcy nie powinni w imieniu publicznej osoby prawnej ani wszczynać sprawy, ani zawiązywać sporu w sądzie państwowym, dopóki nie uzyskają pisemnego zezwolenia własnego ordynariusza„. I nie ograniczają się do udzielenia go samemu proboszczowi, ale pisma w tej sprawie – całkiem niepotrzebnie – trafiają do sądu! Jak tak to proszę bardzo, ale z całym inwentarzem. W takim razie moralna odpowiedzialność za tę skargę spada także na prześwietną kurię krakowską – i to według niej samej. Jakby się kto pytał – Franciszkańska 3.

–> spisane będą czyny i rozmowy <–

W poniedziałek zapadnie kolejny skrajnie prokościelny wyrok WSA

16.02.2015: Wyrok już zapadł i nie odbiega od normy. Wszystko stało się zgodnie z opisem. Chyba wszystko…? Na szczęście tym razem skargi kasacyjne do Naczelnego Sądu Administracyjnego wnosi GIODO więc skarżący zanim jego sprawa się zacznie ma luksus czekania aż sobie „wyinterpretuje kognicję”. Finał batalii GIODO już za dwa lata! Może nawet szybciej. :-)

*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*

W poniedziałek 16-go lutego o godzinie 10:00 w sali F Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie przy ulicy Jasnej rozegra się kolejny odcinek serialu pod roboczym tytułem „wyinterpretowywanie kognicji GIODO w toku instancji„. W rolach głównych wystąpią sędziowie Andrzej Góraj, Janusz Walawski oraz Eugeniusz Wasilewski a w rolach drugoplanowych – licznie zgromadzeni warszawiacy i reszta ludzkości.

Sprawę rozpocznie wejście do sali zgromadzonych na korytarzu kibiców sądowych. „Jeszcze pół roku i będą przyjeżdżać autokarami” – pomyśli sędzia przewodniczący. Gwar ucichnie i sędzia sprawozdawca Andrzej Góraj zacznie najnudniejszą część czyli czytanie całego tego przekładańca co się działo przez półtora roku na wcześniejszych etapach. Tym razem to proboszcz wziął na siebie ciężar wyinterpretowania kognicji GIODO, biorąc do pomocy wybitnego eksperta od ochrony danych osobowych.
„Boże, niech ten cyrk się wreszcie skończy” – pomyśli pan sędzia Janusz Walawski omiatając wzrokiem rozbawionych sytuacją kibiców.
„Na szczęście ja tu tylko pracuję” – pomyśli protokolantka. – „W sprawie defenestracji to nie do mnie” – domyśli. Kibice nie będą jednak przejawiać zamiaru tworzenia nowej świeckiej tradycji defenestracji warszawskiej.
– Gienek, nie boisz się, że ci ludzie za dwadzieścia lat będą nas lustrować? – Zapyta szeptem sędzia Walawski.
– Nie dygaj. Jest szansa, że nie dożyjemy. Z Powązek nas nie wyrzucą. – Odpowie na ucho sędzia Wasilewski.
Sędzia sprawozdawca Andrzej Góraj zakończy czytanie przekładańca i objaśnianie różnicy między proboszczem a jego parafią i między wystąpieniem z Kościoła a złożeniem oświadczenia o wystąpieniu z Kościoła. „Te właśnie zagadnienia przychodzi nam więc rozpatrzyć” – powie na zakończenie starając się żeby zabrzmiało to uroczyście jak w sądzie. Kibice zaczną wychodzić gęsiego, zostawiając Sąd na naradę przed tak ważnym wyrokiem.
– No dobra, poszli w cholerę. To co robimy? – Rozpocznie naradę sędzia przewodniczący gdy ostatni kibic złapie klamkę z zewnątrz.
– A jak myślisz? To samo. Po piętnastu wyrokach chcesz zmienić zdanie na szesnastym? – Zapyta retorycznie sędzia Andrzej Góraj.
– To się nazywa efekt Concorde’a. – Błyśnie fachową terminologią sędzia Wasilewski.
– To ty gadasz Gieniu? – Spojrzy podejrzliwie sędzia sprawozdawca.
– Im bardziej czegoś nie zrobiłeś tym bardziej nie możesz tego zrobić a im bardziej coś zrobiłeś tym bardziej musisz to robić. I na końcu albo się udaje albo jesteś w dupie. Jak sądzisz gdzie my jesteśmy z tym szajsem? – Padnie filozoficzne pytanie.
– Yyy… znaczy… chcesz przez to powiedzieć… yyy… – Rozpocznie przeprowadzanie rozumowania sędzia Andrzej Góraj.
– Tak. – Potwierdzi krótko sędzia Wasilewski.
– Ale oni muszą nas szanować, bo jesteśmy sędziami. – Oburzy się sędzia Góraj. – A zresztą masz pojęcie na jakim poziomie tym sprawom ukręca się łeb?
Sędzia Walawski spojrzy na kolegę jakby chciał powiedzieć „nie cudzołóż”.
– A pamiętacie jak arcybiskup Andrzej Dzięga mówił w Rytwianach na rekolekcjach dla sędziów, że w sytuacji konfliktu wartości musimy być świadkami ewangelicznych wartości? – Nie będzie dawał za wygraną sędzia sprawozdawca.
– Teraz o tych rekolekcjach dla sędziów najlepiej nic nie mów. Głupia sprawa – arcybiskup nas umacnia w wierze a potem sądzimy jego proboszczów. Jak się ta bananowa młodzież dowie to gotowi powołać się na punkty 93-104 w sprawie Micallef przeciwko Malcie. – Odpowie kwaśno sędzia Wasilewski. – Zresztą i tak by mogli. Kilka identycznych wyroków jeszcze da się obronić niezawisłością, ale kilkadziesiąt w ciągu trzech lat w tej samej sprawie tych samych sędziów w tym samym sądzie pachnie Strasburgiem.
– Jestem uczciwym sędzią. Nie mam sobie nic do zarzucenia. – Prychnie sędzia Góraj strząsając z siebie wzrok kolegi.
– Dobra, już starczy. Przejdźmy przez to. Przynajmniej nie ma TVNu to się nie zobaczymy wieczorem w telewizji. Prosto siedzieć i majestat uosabiać i jakoś będzie. – Podsumuje przewodniczący. – Czekaj, zaczeszę się. – Wyjmie grzebień spod togi i poprawi uosabianie majestatu. Westchnie głęboko i kiwnie głową, że można wołać kibiców. Będzie miał złe przeczucia.

*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*-*

W zasadzie nie chodzi już o to jaki zapadnie wyrok, bo wiadomo, że wyrok już zapadł i będzie to kolejne żenujące ględzenie nie na temat w sprawie, która w ogóle nie nadaje się do rozpatrzenia, bo Biuro GIODO od 13 miesięcy oficjalnie dyskryminuje katolików zgodnie z „i 3″ (chociaż już ze sobą walczy) więc nie ma czego sądzić – można tylko stwierdzić rażące naruszenie prawa (czego sędziowie nie zrobią, bo by to „i 3″ obalili). Jedyne interesujące pytanie brzmi – czy Polsce starczy sił, by zakończyć farsę z „i 3″ czy będzie musiał trybunał w Strasburgu?