GIODO znowu oblał z prawa kanonicznego

W ostatniej próbie zachowania w Polsce państwa wyznaniowego, w którym prawo publikuje się na stronie episkopat.pl, 9 października 2013 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie nakazał GIODO „ustalić” jakie jest to prawo Kościoła Katolickiego dotyczące występowania („Układ GIODO-WSA nadal broni państwa wyznaniowego„, 4 grudnia 2013). Plan się nie powiódł, bo dwa tygodnie później Naczelny Sąd Administracyjny dobił tę hydrę serią ośmiu wyroków. Dzięki temu jakiekolwiek prawo kościelne przestało mieć znaczenie – a tym samym „ustalenia” GIODO w tym zakresie. Zostały zdegradowane do roli ciekawostki. Pan Minister ustala autonomię biskupówJuż po – nomen omen – dziewięciu miesiącach urodziły się te z założenia nieistotne ustalenia GIODO, co sam przyznał w decyzji. Po raz pierwszy jednak został zmuszony do ich napisania na papierze i dzięki temu można prześledzić ten swoisty egzamin z prawa kanonicznego. Okazuje się, że GIODO zaczyna poniewczasie iść w kierunku w który gdyby poszedł na początku kadencji uniknąłby wojny polsko-wiewiórowskiej i swojej totalnej kompromitacji – choć teraz to już musztarda po obiedzie. Mianowicie zaczyna sugerować (bo tradycyjnie żadnych konkretnych ustaleń nie ma), że skarżący nie mogli zastosować się do „Świętej Instrukcji Apostatycznej” Konferencji Episkopatu Polski z 2008 roku, bo nie została poprawnie przyjęta w wewnętrznym prawie kościelnym. Ponieważ nie ma to już znaczenia prawnego chodzi już tylko o symbol – potwierdzenie naszych ustaleń, że „kandydaci na apostatów” nie mogli się do niej zastosować nawet gdyby chcieli, bo jej nie było. Pokonałoby to Episkopat Polski na podstawie jego wewnętrznego prawa do którego od początku i za wszelką cenę całą sprawę sprowadzał. Dla przykładu w listopadzie 2012 roku jego sekretarz generalny powiedział w wywiadzie:

Apostazja jest dla Kościoła zawsze problemem, ale jej rozmiary na razie – z tego co wiem – nie wydają się niepokojące. Chodzi bardziej o to, że grupy promujące apostazję [uwaga, wbrew pozorom to o Wystap.pl!] nie chcą respektować prawa kościelnego dotyczącego występowania z Kościoła. Jest to niezrozumiałe, gdyż występowanie z jakiejkolwiek organizacji wymaga podjęcia działań określonych w jej regulaminie. Podobnie jest z apostazją.

Biuro GIODO zaczyna więc mówić: „Księże Prymasie, wasze regulaminy nie istnieją” – aczkolwiek z wdziękiem policji, która zawsze przyjeżdża na koniec filmu, kiedy wszyscy źli są już zabici. Nawet tu jednak nie mają odwagi stanąć na kursie kolizyjnym z odpowiedzią biskupów na pytanie GIODO o przyjęcie tej instrukcji w wyniku czego stosują dziwaczną  i sprzeczną argumentację, którą kuria koszalińsko-kołobrzeska, bo to jej dotyczy decyzja, obali w sądzie jedną ręką jeśli tylko będzie miała okazję.

–> oblany egzamin Pana Ministra <–

GIODO zaczyna z wysokiego C, bo „poprawiając” nazwę tego nieszczęsnego dokumentu po tym jak zaczęły ją poprawiać kurie (skądinąd najlepszy dowód jego znaczenia). Pomińmy już lapsusy stylistyczne i gramatyczne – nieodłączną cenę boskiego przekleństwa: „rodzić będziesz w bólu„. Najważniejsze jest to, że uznaje go za „promulgowany” czyli na siłę robi z niego dekret ogólny (przy okazji podpisując się pod piramidalną głupotą, że „Akta Konferencji Episkopatu Polski” są organem urzędowym Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej podczas gdy każdy głupi wie, że są nim „Koszalińsko-Kołobrzeskie Wiadomości Diecezjalne„). Promulgowany znaczy tyle co „obwieszczony„. Jeśli więc „instrukcja Michalika” została promulgowana w organie urzędowym diecezji – jak „ustalił” Pan Minister – to znaczy, że wszystko odbyło się tak jak powinno. Tymczasem kilka linijek dalej pisze, że powinna była zostać ogłoszona. Czyli dokładnie to co właśnie „ustalił”, że zrobiono! To nie jest nawet brak znajomości faktów – to jest urzędowy idiotyzm, który zobaczyłby średnio inteligentny maturzysta. Proboszcz powinien napisać w odwołaniu, że GIODO właśnie udowodnił, że instrukcja została poprawnie przyjęta w Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej tylko sam tego nie zauważył. W ramach korepretycji z prawa kanonicznego przypominam, że rozwiązanie przedstawiłem już na początku kadencji GIODO („W jakich diecezjach przyjęto instrukcję KEP o wystąpieniu z Kościoła?„, 12 października 2010). To biskupi decydują czy przyjmą propozycje Rady Prawnej i mogą je przyjąć odpowiednim dekretem (jak na ironię GIODO sam to wykazuje powołując się na kanon 381 KPK czyli znowu walczy sam ze sobą). Nie tylko mizerny status „instrukcji Michalika” opisał rok przed jej powstaniem profesor prawa kanonicznego John Huels z Uniwersytetu Świętego Pawła w Ottawie (dobra wiadomość dla Pana Ministra – mają na UKSW), ale Kościół sam to wielokrotnie potwierdził:

1) po raz pierwszy zapytany o to rzecznik prasowy KEP ks. dr Józef Kloch odpowiedział wymijająco „w Sekretariacie KEP nie gromadzimy informacji statystycznych„; „tych informacji nie miała też Rada Prawna KEP” – to wtedy, w momencie największego upadku w styczniu 2012 roku, red. Ewa Czaczkowka przyłapała KEP na gorącym uczynku i nikt nie kwestionował zasady. Dopiero później ks. Kloch odmawiał wypowiedzi dla prasy (bo każda byłaby zła) a dużo później – w lipcu 2013 roku czyli po urobieniu GIODO w siedzibie KEP – powstał gotowiec odpowiedzi biskupów na jego gotowca, którego lejtmotywem było „ogólnopolskie” obowiązywanie o które się jednocześnie (i nadal bezowocnie) starali w Watykanie.

2) rzecznik prasowy KEP sam to podkreślał w 2009 roku – patrz „Rzecznik KEP potwierdza ustalenia Wystap.pl„, 13 kwietnia 2013

3) decyzja GIODO jest kolejnym policzkiem dla dwóch metropolitów – kardynała Stanisława Dziwisza i arcybiskupa Wiktora Skworca, którzy specjalnie dla niego tę instrukcję przyjęli – potwierdzając tym, że żadnej promulgacji nie było, bo to następuje po recognitio Stolicy Apostolskiej; szczególnie pokrzywdzony jest kardynał Dziwisz, który odnośnie „Akt KEP” użył neutralnego słowa „opublikowane” i przyjmując ją powołał się na kanon 391 § 2 KPK; jego kanclerzem, który również podpisał dekret jest nie kto inny niż ks. dr hab. Piotr Majer, konsultor Rady Prawnej KEP i autor polskiego wydania opus magnum „Kodeks Prawa Kanonicznego. Komentarz

4) kiedy zupa była już wylana, temat zamknął sam sekretarz Rady Prawnej KEP ks. dr Andrzej Maćkowski w oświaczeniu dla KAI:

Ponadto należy stanowczo oświadczyć, że dokument KEP „Zasady postępowania w sprawie formalnego aktu wystąpienia z Kościoła”, co do meritum, nie stracił swej ważności, chociaż trzeba przypomnieć – jako że nie jest to dekret ogólny KEP – aby mógł on być zastosowany w konkretnej diecezji, wymaga stosownego zarządzenia kompetentnego biskupa diecezjalnego.

Można by tę litanię kontynuować, ale po co? Dość powiedzieć, że obrońcy naszych danych osobowych nie przeczytali nawet komentarza do kanonu 455, którym tak wymachują (ss. 399-401 u Majera). Zobaczyliby, że – w powiązaniu z oświadczeniem ks. Maćkowskiego – nie chodzi  o kanon 455 § 1 KPK tylko § 4: „W wypadkach, w których ani prawo powszechne, ani szczególnie polecenie Stolicy Apostolskiej nie udzieliło Konferencji Episkopatu władzy, o której w § 1, pozostaje nienaruszona kompetencja poszczególnego biskupa diecezjalnego i ani Konferencja, ani jej przewodniczący nie mogą działać w imieniu wszystkich biskupów, chyba że wszyscy i poszczególni biskupi wyrażają na to zgodę„. Właśnie dlatego po strasznej walce KEP został zmuszony wystąpić o recognitio do Stolicy Apostolskiej, co jest faktem znanym wszędzie poza Biurem GIODO, które wałkuje ten temat od czterech lat. Jego odwlekające się od dwóch lat przyznanie to jednak tym razem naprawdę wewnętrzna sprawa Kościoła.

Od dawna już nie walczymy ani o „i 3″ ani z „i 3″ tylko o godność. Dlatego GIODO ma obiecane, że będzie „ustalać” czy Biskup Koszalińsko-Kołobrzeski przyjął formalnym aktem „instrukcję Michalika” aż z siebie wydusi, że nie, co i tak wie oficjalnie od 29 listopada. Kanclerz kurii odpisał mu bowiem, że jak przystało na ściągawkę jest stosowana na gębę, bo „nie zostały wprowadzone diecezjalne regulacje prawne odnoszące się do kwestii apostazji. Taka sytuacja.

GIODO: wyjątek dla Kościoła na gwałt potrzebny

Wielkimi krokami zbliża się unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, zastępujące przestarzałą dyrektywę w 1995 roku. Kościoły są w niej traktowane tak jak pozostali administratorzy danych osobowych choć w artykule 85 przewidziano pewien wyjątek – jeśli w danym kraju istnieją wystarczające regulacje w tej kwestii można je nadal stosować, pod warunkiem, że krajowy „GIODO” stwierdzi ich zgodność z rozporządzeniem. GIODO sam przyznał dla Lex.pl, że stworzono go dla Niemiec a w Polsce takich przepisów nie ma. Wyciąga z tego jednak przewrotny wniosek, że „trzeba” go zrobić na gwałt po to żeby Polska załapała się na ten przepis.

Innym wyjątkiem, który wywoła zapewne wiele dyskusji podczas prac nad nową ustawą, będą zasady przetwarzania danych osobowych przez kościoły i związki wyznaniowe. Projekt rozporządzenia UE przewiduje w tym zakresie tylko ogólne ramy, które do polskiej sytuacji nie będą miały większego zastosowania. – Bo tam jest napisane, że jeżeli w dniu wejścia w życie rozporządzenia istnieje całościowy system ochrony danych osobowych w kościołach lub związkach wyznaniowych w państwie, to można go zgłosić jako wyjątek od rozporządzenia. To jest przepis napisany praktycznie pod  Niemcy, bo tam coś takiego jest. W Polsce takiego systemu nie ma, więc przed wejściem w życie rozporządzenia trzeba będzie jakieś zasady stworzyć – mówi Wojciech Wiewiórowski.

Oto logika godna mszy – ponieważ „przepis napisany jest praktycznie pod Niemcywięc „trzeba” stanąć na głowie żeby się pod niego podczepić póki się da. Czyli znowu jedyna w Unii Europejskiej dopychana kolanem sztuczka prawna. Czasu na to zostało mniej niż na dotarcie pojedyńczej sprawy do Naczelnego Sądu Administracyjnego (około trzy lata), co mu nie przeszkadzało, bo „nie może domniemywać uprawnień do stosowania >i 3<„, ale zatwierdzić cały pakiet z Episkopatu Polski, który ma obowiązywać przez wiele lat i który zapewne zobaczymy dopiero po fakcie GIODO zdąży, bo „trzeba”. Zostaje pogratulować poczucia smaku i obowiązku…

PS: Jedno w tym dobre – GIODO właśnie pogrzebał swój własny mit, że nowe prawo będzie panaceum na problemy z „i 3″ czyli obowiązkiem dyskryminacji katolików. Już wiadomo, że nie będzie.

PPS: Chapeau bas dla Michała!

Kościelna mimikra Batesa: „rozporządzenie Episkopatu Polski”

jeśli nie masz autorytetu - podszyj się pod państwo

jeśli twój autorytet podupadł – podszyj się pod państwo

Inwencja niektórych duchownych w wymyślaniu – niestety w złej wierze – przeszkód i trudności w zaakceptowaniu tzw. „wystąpienia po włosku” jest doprawdy niezwykła i stanowczo wymaga osobnego opracowania. I nie chodzi tu nawet o samą niezgodę na to z czym dawno pogodziła się Konferencja Episkopatu Włoch, bo to przynajmniej można zrozumieć (choć dużo trudniej uzasadnić). Zgodnie z głośnym twierdzeniem księdza Tischnera „nie znam nikogo, kto stracił wiarę po lekturze dzieł Marksa, ale znam kilku takich, którzy stracili ją po kontakcie z własnym proboszczem” nic w tym o wiele za długim konflikcie nie świadczy przeciwko stronie kościelnej tak bardzo jak celowe dezinformowanie, zaprzeczanie znanym faktom, obstrukcja postępowania wyjaśniającego Biura GIODO, próby zastraszania skarżących czy – nie wiadomo co gorsze – chowanie się przed petentami. Czasem aż by się chciało, by w każdej kancelarii parafialnej wisiał portret Papieża (tak jak skądinąd powinny), bo może jego czujny wzrok zapobiegłby takim sytuacjom jak ta, która przydarzyła się kobiecie na poziomie w jednej z parafii Archidiecezji Przemyskiej:

Mieszkam w parafii w której zostałam ochrzczona. Po raz pierwszy odwiedziłam plebanię [data] z dwoma świadkami. Miałam przy sobie pismo w którym rezygnuję z członkostwa w kościele. Pismo nie miało numeru aktu chrztu więc proboszcz sprawdził w swoich aktach i potwierdził, że rzeczywiście byłam chrzczona w tej parafii. Na moją prośbę o podanie numeru aktu zbył mnie mówiąc, że jeszcze mam czas na ten numer ponieważ to nie jest prosta sprawa, nie zakończy się na jednej wizycie, będę musiała poprawić swoje pismo itp… Przede wszystkim, zgodnie z procedurą umówił się ze mną na rozmowę. Zgodziłam się. Przyszłam w umówionym terminie, ale proboszcz zadecydował, że nie będę rozmawiała z nim tylko z innym księdzem. Przystałam i na to. Przeżyłam ponad godzinną rozmowę i po jej zakończeniu poszłam poinformować proboszcza, kiedy przyjdę ze świadkami złożyć swoją rezygnację. Proboszcz z miejsca zapowiedział mi, że to nie będzie dla mnie takie proste i że będzie mi to utrudniał. Rozmowa przestała być grzeczna a już na pewno nie była „pełna troski i miłości”. Nim mnie wyrzucił z kancelarii parafialnej zapowiedziałam, że przyjdę ze świadkami za dwa dni. W zapowiedzianym terminie poszłam do proboszcza, ale zastaliśmy zamkniętą kancelarię i tabliczkę: „wyjątkowo w dniu dzisiejszym z powodu konserwacji kancelaria nieczynna”. Nie traciłam dłużej czasu i jeszcze tego samego dnia wysłałam swoją rezygnację listem poleconym za zwrotnym potwierdzeniem odbioru.

figa z makiem pasternakiem

Jeśli cierpię przez rzeczywistość
to tym gorzej dla niej!

Na drugim biegunie znalazło się pokazujące bezsilną wściekłość i poczucie osaczenia pismo księdza proboszcza Władysława Pasternaka za które powinien dostać ostrą reprymendę od swojego kanclerza, ks. dr hab. Piotra Majera.

jak trwoga to do biskupa

skarga GIODO do biskupa

Kilku proboszczów straciło okazję, by pokazać, że są poważnymi ludźmi licząc, że Biuro GIODO sobie pójdzie jak mu się nie odpisze. To się nie mogło udać nawet pod rządami osławionego „i 3″. GIODO wziął się na sposób i skarżył się na nich do biskupów – tak jak na poniższym skanie. Pomagało.

Szczytem perwersji jest jednak wcale nieodosobnione stroszenie się w piórka instytucji państwowej, co najwyraźniej ma dodać odpowiedzi potrzebnej powagi i zdezorientować adresata. Było tego zbyt dużo, by zrzucić to na karb przypadku lub lapsusu językowego. Zaczęło się od tragikomicznego „wezwania do Urzędu Parafialnego„. Można by się śmiać gdyby nie to, że komuniści znieśli je jako ostatnie w Europie dopiero w 1946 roku… W II RP duchowni byli oficjalnie urzędnikami stanu cywilnego. Pewien zawzięty proboszcz przyszedł w odwiedziny jako urzędnik państwowy („Proboszcz groźbą zmuszał mnie do apostazji”, 24 listopada 2011). Inny 15 lutego (czyli już po przetoczeniu się styczniowego tsunami o którym trudno było nie słyszeć) wysłał odstępcy odpowiedź wzorowaną na decyzję GIODO (włącznie z pogrubieniem słowa „odmówić” tam gdzie w decyzjach GIODO było onegdaj „umarzam postępowanie”). Crème de la crème odstawił jednak proboszcz Diecezji Gliwickiej i wymaga to wstępu: cała wojna Wystap.pl z własnym państwem wzięła się z traktowania niewiele wartej nawet w prawie kościelnym „instrukcji abp Michalika” z rewerencją należną królowej Szwecji. O traktowaniu jej co najmniej niczym nieformalnego rozporządzenia pisałem wielokrotnie, choćby tu:

Państwo nie jest od tego żeby załatwiać „apostazje” szybko, tanio i solidnie. Jest natomiast od tego żeby humbug Episkopatu Polski nie stanowił nieformalnego lecz przestrzeganego rozporządzenia do ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania i od tego żeby GIODO wydawał merytoryczne decyzje administracyjne skoro go do tego powołano.

Życie znowu dogoniło ironię, bo okazuje się, że to jednak było rozporządzenie… I tym sposobem urzędnicy państwowi w Urzędach Parafialnych piszą o rozporządzeniu KEP i Traktacie Lizbońskim – i kończy się to tak jak się musi skończyć. W świecie przyrody nazywa się to mimikra Batesa. W mowie potocznej: wciskanie ciemnotyBiblijna przypowieść o denarze musi być dla niektórych wyrzutem sumienia…

rozporządzenie Rady Ministrów

rozporządzenie KEPu

GIODO nie lęka się… instrukcji abp Skworca. Czy to już koniec obłędu?

no fear - 1

przełom – GIODO ignoruje instrukcję arcybiskupa o którą sam się dopominał

W sierpniu 2012 roku po niezliczonej ilości starań i zabiegów mogliśmy ogłosić formalny koniec niesławnej i nieistniejącej „instrukcji KEPu o apostazji”. Pojawiło się bowiem ostateczne potwierdzenie, że Konferencja Episkopatu Polski wysłała do oceny i zatwierdzenia do Watykanu projekt dokumentu w tej sprawie (Watykan ocenia nowe zasady zastępujące „apostazję KEP-owską”, 23 sierpnia 2012). Praktyczną konsekwencją było to, że dla KEP sprawa dopiero się zaczynała a „kryci” byli tylko ci biskupi, którzy ją (lub podobną) przyjęli oficjalnym dekretem, bo tylko to – a nie ściągawka na stronie internetowej episkopat.pl – tworzy prawo kościelne. Tu jednak nasze śledztwo wykazało, że biskupi zupełnie nie przywiązywali wagi do tej sprawy - jedynie Biskup Łomżyński przyjął „formalnym aktem” dokument roboczy w jego nieociosanym brzmieniu a Diecezja Kaliska była jedyną w której naprawdę nad tym projektem pracowano i go zaadaptowano.

no fear - 2

tajemnica GIODO – skoro ignoruje zarządzenie arcybiskupa to czemu je wyciągał?

Arcybiskup Katowicki Wiktor Skworc wiedział zapewne, że recognitio (zatwierdzenia) Watykanu prędko nie będzie a jednocześnie był na tyle inteligentny, by zrozumieć, że jakaś instrukcja jest potrzebna jego proboszczom do przedstawiania GIODO jako podkładkę do umarzania skarg. Został w tym utwierdzony po wyroku sądu z 20 marca 2012 w którym skarżący wykorzystał brak jego instrukcji:

W „Oświadczeniu” z dnia [...] marca 2012 r. złożonym na rozprawie w dniu 9 marca 2012 r., skarżący podtrzymał przedstawione w skardze wnioski i argumenty. Wniósł o uchylenie zaskarżonej decyzji w całości oraz nakazanie Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych dokonania ustalenia, tj. czy dokument roboczy Konferencji Episkopatu Polski pt. „Zasady postępowania w sprawie formalnego aktu wystąpienia z Kościoła” uchwalony w dniu 27 września 2008 r., został przyjęty przez Metropolitę Katowickiego do stosowania przez duchowieństwo Archidiecezji Katowickiej.

Bez wątpienia wyrok dotarł do niego przez proboszcza, którego sprawa dotyczyła. We wrześniu 2012 wydał więc mocno zmienioną „instrukcję KEP-u”, obowiązującą na jego włościach od 1 października 2012. Po tym jak GIODO zaczął grać rolę wyznaczoną przez Kościół, zwracając się do Metropolity Katowickiego o przekazanie mu instrukcji, wszystko wskazywało na to, że arcybiskup wygrał i jego instrukcja będzie nowym „prawnym” powodem umarzania skarg na parafie. Przedobrzył jednak z preambułą, która zawierała prostacką manipulację (zdemaskowaną tutaj w punkcie 6) pośrednio zmuszającą GIODO do zrobienia z siebie marionetki oraz nierozważnie powołał się na skrajnie prokościelny wyrok WSA z 11  stycznia 2012, który został uchylony pół roku później. W dodatku wyszedł przed szereg, bo było publicznie wiadome, że prawdziwa instrukcja jest przygotowywana w Watykanie, co wkrótce potwierdził biskup Wojciech Polak. Tymczasem zasadą jest, że w sprawach wewnętrznych kościołów decydują ich władze zwierzchnie (z tego powodu w sierpniu 2012 Kongregacja ds. Biskupów zatwierdziła dekret biskupów niemieckich w sprawie podatku kościelnego) więc już choćby dlatego surogat arcybiskupa nie miał daru przekonywania. Na domiar złego w październiku 2013 seria ośmiu kompromitacji GIODO w Naczelnym Sądzie Administracyjnym wreszcie wyrzuciła celowe gmatwanie sprawy przez biskupów poza nawias dyskusji. Kiedy więc w 2014 roku odwaga staniała, GIODO dwukrotnie pokazał, że instrukcja Metropolity Katowickiego (o której obowiązywanie w Archidiecezji Katowickiej pytał aż dwa razy) nie ma dla niego znaczenia, nakazując dwóm proboszczom dokonanie w księgach chrztów adnotacji o wystąpieniu – mimo ich powoływania się na dekret arcybiskupa. Pierwszy raz w lutym a drugi raz w czerwcu. Ufff!

Powrót Biura GIODO na jasną stronę mocy nie oznacza niestety, że cały ten kilkuletni obłęd mamy już za sobą. Między nim a Naczelnym Sądem Administracyjnym jest bowiem najsłabsze ogniwo – Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. A ten pokazał już, że wyroki w piątek są inne niż w środę („Kompromitacja WSA w Warszawie: co sędzia to wyrok„, 19 kwietnia 2013). Tymczasem właśnie w piątek zapadł wyrok, który albo tę sprawę ostatecznie zamknął albo z powrotem otworzył. Sędziowie (w tym przewodnicząca Wydziału II, kontrolującego GIODO, sędzia Maria Werpachowska) otrzymali bowiem od NSA nie lada zadanie:

Przy ponownym rozpoznawaniu sprawy WSA winien dokonać zatem jednoznacznej oceny skuteczności oświadczenia skarżącego o wystąpieniu z Kościoła, celem zbadania zaistnienia przesłanek z art. 43 ust.1 pkt.3 w związku z art. 43 ust.2 ustawy o ochronie danych osobowych. Wyjaśnienia będzie wymagało, czy ocena ta winna zostać dokonana na podstawie przepisów prawa powszechnie obowiązującego (por. wyrok NSA z dnia 18.10.2013r , wydany w sprawie o sygn. I OSK 1487/12).

Konieczne w tym celu będzie również wyjaśnienie, jakie warunki musi spełnić osoba chcąca wystąpić z Kościoła Katolickiego i szukająca w tym względzie ochrony GIODO. W świetle art. 53 ust. 1 i 2 Konstytucji RP, każdy obywatel ma prawo wyboru religii i rezygnacji z jej wyznawania. Korzystając z wolności sumienia i wyznania obywatele mogą m.in. należeć lub nie należeć do kościołów i innych związków wyznaniowych.

Ponieważ diabeł tkwi w szczegółach a na domiar złego był już przypadek, że sędzia tego sądu jedno mówił a drugie podpisał, lepiej poczekać na słowo pisane. Dopiero wtedy będziemy wiedzieli czy po czterech latach chaosu Wystap.pl zrealizowało cel zapisany w punkcie 14 FAQ: „pokazać, że polskie prawo przeważa nad fanaberiami KEP„. Odpowiedź na tytułowe pytanie poznamy więc za około miesiąc.

Nareszcie przełom: konferencja naukowa na której też możesz być!

Trzeba było czterech lat zmagań, kilkuset wpisów, góry dowodów na naruszanie prawa, bezprecedensowej serii trzynastu wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego, demistyfikacji „sakramentu apostazji” jako konia trojańskiego, deklerykalizacji języka i stworzenia od podstaw całego środowiska ludzi gotowych walczyć o swoje prawa czyli dokonać niemożliwego, by skruszyć niepisaną lecz skrupulatnie przestrzeganą w Polsce zasadę, że Kościół Katolicki podlega Ustawie o ochronie danych osobowych „na niby” czyli nie podlega w ogóle. Dopiero ciężko okupiony przełom, który nastąpił w styczniu i wywołał furię fundamentalistów katolickich sprawił, że GIODO odzyskał znaczenie i pole manewru. Symbolem odejścia od niechlubnej wieloletniej polityki przymykania oczu i umywania rąk i przynajmniej próbą nowego ułożenia relacji z kościołami jest ogólnopolska konferencja naukowa „Ochrona danych osobowych w działalności Kościołów i innych związków wyznaniowych„. Wystąpi na niej sam GIODO i pokaźne grono naukowców, którzy mają na ten temat coś do powiedzenia. Konferencję podzielono na trzy części:

1) Aksjologiczne aspekty przetwarzania danych osobowych w działalności Kościołów i innych związków wyznaniowych

2) Pragmatyczne aspekty przetwarzania danych osobowych w działalności Kościołów i innych związków wyznaniowych

3) Kompetencje kontrolne GIODO w świetle orzecznictwa NSA

Początkowo opłata za udział wynosiła 200 złotych z terminem zgłoszeń do 10 maja, co przyniosłoby rozmowę głównych zainteresowanych w kameralnym gronie. Z satysfakcją trzeba więc odnotować, że „ze względu na szczególną rangę i doniosłość wydarzenia” opłatę całkowicie zniesiono a termin zgłoszeń przedłużono aż do 28 maja. Każdy może więc wziąć udział – wystarczy wysłać formularz na email codo@wpia.uni.lodz.pl i przyjechać 30-go maja do Łodzi. Słowa o „szczególnej randze i doniosłości wydarzenia” mimo patosu nie muszą być przesadzone. Zainteresowanie wyraziły już władze Archidiecezji Łódzkiej, które miały do czynienia z GIODO w jednej z pierwszych spraw w 2010 roku. Można więc spodziewać się duchownych, skarżących, ciekawych, sympatyków obu stron i oczywiście dziennikarzy. Po raz pierwszy od króla Sasa powstaje możliwość dialogu, w miejsce przerzucania gorącego kartofla, kruczków prawnych, syndromu oblężonej twierdzy i atmosfery walki na śmierć i życie czyli tego wszystkiego do czego doprowadziło sprowadzenie tego ważnego tematu do wojny o kontrolę nad jakimś „i 3″. Poprzednia konferencja na ten temat miała miejsce 13 lat temu i samo miejsce było symboliczne – Papieska Akademia Teologiczna w Krakowie a udział w niej wzięli wysocy przedstawiciele Kościoła (w tym gość specjalny z Watykanu monsignore Juan Arrieta) i ówczesna GIODO dr Ewa Kulesza, która weszła między wrony z referatem w którym walczyła z własnymi uprawnieniami. Tę chorą politykę kontynuowano w następnych latach aż skończyło się to blamażem urzędu w Naczelnym Sądzie Administracyjnym w roku 2013. To tam ks. dr Witold Adamczewski z Rady Prawnej KEP podsunął jej myśl, że tylko władze kościoła decydują o tym kto jest ich wiernym a biskup Pieronek narzekał, że lekarze nie chcą przekazywać dokumentacji medycznych sądom biskupim a przecież muszą, bo jest Konkordat. W takiej atmosferze rozmawiano na ten temat 13 lat temu! Postęp jest więc iście epokowy nawet jeśli sama konferencja nie jest jeszcze końcem lecz kolejnym etapem na drodze do normalności. Okres burzy i naporu głównie w sprawie tych „kompetencji kontrolnych GIODO” potrwa jeszcze przynajmniej rok – i wiele zależy tu od Prezydium KEP i nowego prymasa. Język walki z wyimaginowanym wrogiem, prezentowany choćby przez biskupa Frankowskiego, zamieniłby ten i tak trudny proces w istną drogę krzyżową. Najbardziej żal ludzi, których autentyczne krzywdy przez kilkanaście lat kładziono na ołtarzu „unikania czegoś co można nazwać wojną religijną„, jak podczas tworzenia ustawy ujął to prof. Andrzej Gaberle.

–> plan konferencji 30-go maja w Łodzi <–

Sumienie, GIODO czy prześwietna kuria? Publiczna prezentacja efektów batalii

W niedzielę 30 marca miałem okazję wygłosić w Warszawie prelekcję pod tytułem „Sumienie, GIODO czy prześwietna kuria? Wystąpienie z Kościoła nowym sporem o inwestyturę„. Odbyła się w ramach Ósmego Festiwalu Racjonalistycznego PSR. Podczas godzinnej prezentacji zostało omówione podłoże konfliktu, ale jednocześnie ujawnione kluczowe dokumenty dotyczące tej ciągnącej się od lat sprawy… Zapraszam do oglądania!

„Wyinterpretowywanie” uprawnień GIODO czyli bitwa na gotowce

Od czterech lat trwa coraz mniej smaczny i zabawny festiwal ustalania tego co dla prawników jest oczywiste i co nie budzi wątpliwości (ani oporu kościołów) nigdzie poza Polską –  że podlegają Ustawie o ochronie danych osobowych tak jak wszyscy inni. Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych Wojciech Wiewiórowski, którego cała sprawa dotyczy, użył swego czasu pięknych słów „wyinterpretowanie w toku instancji„. Co potoczną polszczyzną oznacza, że nie będzie korzystać ze swoich uprawnień póki nie zostanie do tego zmuszony przez połączone siły obywateli i sądów administracyjnych. No to dalej „wyinterpretowujemy”, bo na razie „wyinterpretowaliśmy” je na zasadzie wyjątku od zasady, że ich nie ma a nie jako zasadę, że je ma. W najlepszym interesie Konferencji Episkopatu Polski jest (i było od wielu lat!) doprowadzenie do precedensowych wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego w konkretnych przypadkach (zwłaszcza co do usuwania danych osobowych z ksiąg parafialnych). Takie wyroki zamknęłyby temat na wiele lat, sprowadzając następne sprawy do dość banalnych powtórek i pozbawiając je politycznego znaczenia. Co więcej – Kościół może wynająć do precedensowych rozpraw choćby trzech prawników. Nikt mu tego prawa nie odbiera! W zasadzie jedyne co musi zrobić to zaakceptować prawomocne wyroki, które w ten sposób zapadną.

Niestety, właśnie to wydaje się być największym problemem! Kościół tak się przyzwyczaił do tego, że ma wszystkie przywileje i żadnych obowiązków, że z widocznym trudem przychodzi mu oswojenie się z końcem 16-letniej fikcji „papierowego” podlegania tej ustawie. A jeszcze bardziej – z tym, że jeśli się o coś walczy w sądzie to chce się wygrać, ale trzeba zaakceptować prawomocny wyrok – także jeśli się przegra. I nie oznacza to żadnej „walki z Kościołem” tylko to, że rację miała druga strona. Episkopat Polski w III RP po prostu się rozbisurmanił a cenę tego GIODO przerzucił na skarżących, których praw 4 sierpnia 2010 roku przysięgał bronić. W praktyce walka z GIODO o jego własne uprawnienia zamieniła się w wysyłanie sobie z góry znanych „gotowców” z nadzieją, że już po trzech latach Naczelny Sąd Administracyjny jakoś się do tego odniesie. Po drodze powstały pojęcia „umorzenie za 5 złotych” (bo „przypadały” dwa a opłata porządkowa za wniesienie skargi wynosi 10 złotych) i „Biuro Przepustek do NSA” (to o sądzie pierwszej instancji). My mamy swoje gotowce, GIODO ma swoje i Kościół też ma swoje. Biskupi w większości odpowiadali gotowcem na pytanie GIODO (też z gotowca) czy przyjęli „instrukcję KEPu o apostazji”. Biuro GIODO gotowcem pytało proboszczów czy skarżący wystąpili z Kościoła na co dostawali odpowiedzi, że nie więc sprawę umarzano, bo „ustalono”, że skarżący są… katolikami (patrz: GIODO ujawnia „gotowca” umorzenia, 30 styczeń 2013). Gotowcem GIODO pytał, gotowcem umarzał, gotowcem odpowiadał sądowi – nawet w sądzie gotowcem mówił jego pełnomocnik, niczym na setnym wystawieniu „Upiora w operze”. A jednocześnie nie można się było doprosić o przerwanie tego teatru absurdu i przedstawienie jakichś sensownych wyjaśnień, bo – uwaga! – „sprawy rozpatruje się indywidualnie, indywidualnie rozpatrując zgromadzony materiał dowodowy„. I to mimo, że w 2009 roku cały szereg tego typu wyjaśnień znalazł się w dodatku do instrukcji Serzycki-Budzik, co po raz kolejny pokazało brak niezależności tego urzędu. A efekt tego wszystkiego jest taki, że to kto ma prawo do „merytorycznej decyzji GIODO” jest jeszcze mniej jasne niż było przed naszą kampanią, bo wtedy było jasne, że nikt a teraz to sam diabeł nie wie. Każdy „gotowiec” (czyli formularz przygotowany przez decydenta do stosowania w jakiejś powtarzającej się sytuacji) jest jednak tylko tak dobry jak człowiek, który go uzupełnia i podpisuje. Jego błąd odsłania kulisy i pokazuje, że żadnej realnej dyskusji nie ma, sprawa jest dwieście piętnasta a wszyscy mówią sobie „do zobaczenia za trzy lata w Naczelnym Sądzie Administracyjnym„, parafrazując żydowskie pożegnanie. Poniżej przykłady, kiedy coś poszło nie tak. I nie są to literówki – bo to najmniejszy problem – tylko dowody patologicznej sytuacji. Jeśli dodamy do tego znany problem przeciążenia pracowników Biura GIODO pracą to cała ta strategia była po prostu zbiorowym samobójstwem urzędu. Może po czterech latach wymiany gotowców nadszedł czas na rozmowę?

nieprzerobiony gotowiec Kościoła czyli zagapienie proboszcza

bitwa na gotowce

wiceminister podpisuje bez czytania

wiceGIODO podpisuje bez czytania

niech Ksiądz coś powie tamtemu księdzu!

niech ksiądz coś powie tamtemu księdzu

czy ktoś Księdzu ruszał Księgę Chrztów?

znowu mix spraw

 

O co walczymy i czego chcemy – wywiad

30 marca miałem przyjemność wypowiedzieć się dla nowej telewizji internetowej dla środowisk laickich – racjonalista.tv. Oto nagranie, które właśnie pojawiło się na jej stronie internetowej. Wolno sądzić, że nie jest to jeszcze koniec… :)

Sukces pastafarian klapsem dla rządu

dont panicNaszym stałym Czytelnikom Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie nie trzeba przedstawiać. Od końca 2011 roku jest areną całej niekończącej się epopei o podleganie kościołów Ustawie o ochronie danych osobowych, której Wystap.pl zostało niezamierzoną kroniką. Kiedy wyznawcy Kościoła Latającego Potwora Spaghetti ze swoją nieco podobną batalią o rejestrację wreszcie tam trafili – po odmowie ze strony Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji – niewiele osób założyłoby się, że cokolwiek uzyskają. Stało się jednak inaczej. W wypełnionej publicznością i dziennikarzami największej sali sądowej pastafarianie odnieśli dziś spektakularny sukces! Decyzja odmowna została uchylona z powodów proceduralnych. Sąd dopatrzył się,  że urzędnikom tak spieszyło się do wydania decyzji odmownej, że nie dopilnowali, by wniosek o rejestrację został porządnie wypełniony. Teraz sprawa wraca do ministerstwa, które zostało zobowiązane do przyłożenia się do formalności.

my w TVN24Teoretycznie nie jest to nawet sukces pastafarian (bo nie rozpatrywano sprawy merytorycznie) tylko prestiżowa i wizerunkowa porażka MAiC, które nie zrobiło tego co powinno. Praktyka życia publicznego w Polsce jest jednak nieco odmienna i tak jak w starym dowcipie – choćby nie wiadomo ile tłumaczyć podróżnym, że jadą do Stalinogrodu to oni i tak wysiądą w Katowicach. W rzeczywistości jest to ogromny sukces, który nie spadł z nieba lecz jest efektem wielu miesięcy przygotowań, dobrej organizacji i mobilizacji wiernych. Wystap.pl było pionierem zapraszania „warszawiaków i reszty ludzkości” na rozprawy sądowe, bo szybko stało się jasne, że pełna sala „kibiców” i dziennikarzy w tego typu sprawach może zdziałać więcej niż najlepszy adwokat przy pustej sali. Wystarczy spojrzeć na minę pani sędzi Iwony Dąbrowskiej krzyżującej wzrok z okiem kamery TVNu… Pastafarianom można tego tylko pogratulować, ale nie jest to ich jedyny ani nawet najważniejszy sukces. Można spokojnie założyć, że jeszcze niedawno sąd płynnie przeszedłby do meritum i machając ręką na formalności odrzucił skargę jako „parodię religii”, do czego zapraszali powołani na biegłych religioznawcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po rozniesieniu w drobny mak przez Naczelny Sąd Administracyjny nieformalnego, ale trwałego sojuszu tego sądu z GIODO, przy sali wypełnionej publicznością i dziennikarzami i – last but not least – przy inteligentnych założycielach reprezentowanych przez adwokata Dariusza Golińskiego, ten wariant po prostu zniknął niczym wielkanocny bałwan. Czy znaczy to, że Kościół Latającego Potwora Spaghetti zostanie zarejestrowany? Nie. Nikt nie twierdzi, że zostanie – chociaż jest do tego oczywiście znacznie bliżej niż wczoraj. Ważne jest co innego, tak jak w sprawie Małgorzaty Marenin przeciwko abp Józefowi Michalikowi, która wywołała polityczno-obyczajowe trzęsienie ziemi mimo „prawnej” porażki – ponownie udało się doprowadzić do tego, by procedury i formalności nie były tematem drugorzędnym, krążącym na dalekiej orbicie decyzji politycznych. To bardzo, bardzo dużo – bo bez wiary obywateli w to, że ma być tak jak mówi prawo nie ma ani demokracji ani państwa prawa. Sprawa pastafarian już została klapsem dla rządu i kolejnym sygnałem, że wzrasta znaczenie wymiaru sprawiedliwości w miarę jak obywatele coraz lepiej korzystają ze swoich praw. Sama świadomość, że gdzieś tam w oddali może czekać na śmiałków pociąg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i złote runo wygrania z Polską działa na wszystkich mobilizująco.

PS: Marcin Małecki wypowiedział się dla TVN24 jako przedstawiciel pewnego stowarzyszenia… Niech to będzie teaser tego co wkrótce nastąpi!

Kościół próbuje „obejść” ustawę?

RPO-wreszcie-mówi-na-temat

co widzi Rzecznik Praw Obywatelskich…

Najtrudniejszym wyzwaniem czteroletniej batalii Wystap.pl o prawo do tzw. „wystąpienia po włosku” była deklerykalizacja języka używanego w dyskusji na ten temat. Trzeba było go stworzyć – i to praktycznie od podstaw. Póki wszyscy włącznie – a może nawet na czele – z „witrynami apostatycznymi” trąbili o apostazji niczym o ósmym sakramencie nie było nawet realnej możliwości mówienia o pozbawieniu Polski suwerenności za zgodą jej władz (na ten temat patrz także: „Washington Post” ostrzega przed przejęciem języka przez religie, 29 grudnia 2011). Dopiero wypowiedzenie przez GIODO nieformalnej umowy z biskupem Wojciechem Polakiem i seria styczniowych decyzji zakończyły realizację tego wielkiego zadania, zmuszając Kościół do rozpoczęcia posługiwania się językiem prawa, z którym można się nie zgadzać, ale przynajmniej należy do przestrzeni publicznej. Nie znaczy to bynajmniej, że nie ma tu kilku asów w rękawie…

proboszcz Archidiecezji Lubelskiej

… a co widzi pewien proboszcz

Już trzy lata temu Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich „poddało się” zmasowanej kampanii i – przerywając bezkrytyczne i bezmyślne odsyłanie zaniepokojonych obywateli do niesławnej pamięci „instrukcji KEPu o apostazji” – „przyznało”, że wolność sumienia i wyznania obejmuje prawo do zmiany wyznania i jego porzucenia (w rogu). Na wspomniany przepis (art. 2 pkt 2a Ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania) powołuje się także GIODO – bo już może. To tych kilka słów – „należeć lub nie należeć do kościołów” – stało się dla Episkopatu Polski wyzwaniem na miarę „być albo nie być”. Nie powinno więc zaskakiwać, że kilka dni temu jeden z proboszczów Archidiecezji Lubelskiej wysłał list w którym podważał sens tego przepisu i próbował go sprowadzić do wolności sumienia i wyznania jako takiej. To jest czystej wody manipulacja – artykuł 2 tej ustawy wymienia 13 (!) konkretnych praw wynikających z tego bardzo ogólnego (i pojemnego) pojęcia. To o czym pisze proboszcz jest najbliższe punktowi drugiemu tego artykułu. Widać jednak co adwokat Kościoła teoretycznie mógłby próbować uzyskać tego typu sofizmatami. Gdyby udało się ten przepis tak rozwodnić, by stracił znaczenie, byłoby łatwiej zaatakować w sądzie nakazy GIODO dla proboszczów. Czyżby był to planowany scenariusz? Dowiemy się za kilka miesięcy, bo nie da się uciec od publicznej rozprawy. Niecałe trzy miesiące temu napisałem: „jeśli biskupi, zdemoralizowani Komisją Wspólną Rządu i Episkopatu, zrobią wszystko, by powtórzyć „wariant hiszpański” (w Hiszpanii walka o „wystąpienie po włosku” zakończyła się porażką) będzie to społeczno-polityczno-prawny koszmar, który GIODO sam sobie wyhodował„. Wszystko wskazuje na to, że właśnie się rozpoczyna.

Poza tym mogliby wreszcie przestać pisać o „braku prawa do żądania usunięcia danych osobowych z ksiąg kościelnych„, bo jest to klerykalna bzdura zatwierdzona w 2009 roku przez Michała Serzyckiego w punkcie 9 instrukcji Serzycki-Budzik, którą wysłaliśmy do diabła robiąc to czego nie można. Każdy ma prawo żądać tylko nie każdy ma prawo do tego co żąda. Od oceniania czyja racja przeważa są sądy a od ich przedstawiania – adwokaci. Tak to robimy w demokracji. Wypadałoby się po 16 latach obowiązywania ustawy nauczyć tej subtelnej lecz fundamentalnej różnicy. „Brak prawa do żądania” jest niczym innym niż żargonowym określeniem „Biuro GIODO umywa ręce i nie będzie się tym zajmować„. Niestety kurczowe trzymanie się tej nowomowy jest skutkiem prowadzenia przez GIODO obu precedensowych spraw od ponad trzech lat.

I jeszcze coś. Artykuł 2 pkt 2a został dodany do Ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania w nowelizacji przyjętej 28 sierpnia 1997 roku, a więc bardzo świadomie i celowo PRZED ratyfikacją Konkordatu, o co była wojna wygrana przez jego przeciwników. 178 posłów wzięło na siebie tę decyzję polityczną z jej daleko idącymi konsekwencjami. Zgłosiła go zaś… Unia Wolności w druku nr 1680 z kwietnia 1996. Konkordatu w całej tej łamigłówce w ogóle zatem nie ma, bo dopilnowano, by wiązały go Konstytucja, deklaracja rządu o interpretacji i „ustawy okołokonkordatowe”, a nie odwrotnie. Poza tym przepis ten jest jedynie uszczegółowieniem wiążących Polskę traktatów międzynarodowych, np. art. 10 ust. 1 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Wprost o prawie do porzucenia religii jako nieodłącznej części praw człowieka zapisano wiadra atramentu. Jego największymi wrogami w ONZ są… państwa islamskie, których opór storpedował przekształcenie deklaracji o wyeliminowaniu wszelkich form nietolerancji religijnej w konwencję międzynarodową. Gdyby Episkopat Polski zamierzał dołączyć do tego zbożnego chóru musiałby nie tylko pominąć chronologię, ale zrobić to za cenę strącenia wolności sumienia i wyznania z piedestału w otchłań piekielną.

patrz także: „Kościół odmówi Komunii św. za… obronę praw człowieka?„, 9 luty 2013