Sąd dwukrotnie przyznał nam rację!

sss pppW ostatnich dniach „nasz” Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał rację twierdzeniom Wystap.pl w aż dwóch zasadniczych sprawach. W artykule „Kościół chce wygrać procesy zanim się zaczną” z 7-go sierpnia zostało szczegółowo omówione w jaki sposób prawnicy Kościoła „przemycają” sprawy wytoczone przez proboszczów do wstępnej kwestii proceduralnej rozpatrywanej przez jednego sędziego. I wykazane, że uznanie tego byłoby równoznaczne z korzystnym dla Kościoła wyrokiem jeszcze przed rozprawą. Konkluzją było umiarkowanie optymistyczne zdanie „prawo do uczciwego procesu – które było tu stawką – jest chyba uratowane, ale gdyby nie było – zawsze mamy NSA„. Trzy tygodnie później sąd w sprawie II SA/Wa 847/14 wyraźnie pokazał, że nie da się na ten trik nabrać:

Należy stwierdzić, iż w postępowaniu wszczętym z wniosku o wstrzymanie wykonania zaskarżonej decyzji Sąd nie ocenia legalności zaskarżonego aktu.

Zbieżność między artykułem a orzeczeniem jest zapewne przypadkowa, ale to zdanie jest dokładnie tym o co chodziło i co powinno rozwiać ewentualne wątpliwości jeśli ktoś je miał. Poza tym sąd zmiażdżył wniosek wykazując, że w ogóle nie był uzasadniony.

Strona skarżąca nie uzasadniła swojego wniosku o wstrzymanie wykonania zaskarżonej decyzji, poprzestając jedynie na jego literalnym wymienieniu.

Adwokat o inicjałach K. W. dostał jedynkę za brak pracy domowej (uzasadnienia wniosku). To chyba koniec teorii parochocentrycznej, że sąd się kręci wokół proboszcza tak jak Słońce wokół Ziemi. Aż głupio chwalić za to co powinno być normalne, ale mimo wszystko – plus dodatni dla sądu za wychodzenie z kompromitującej roli „Biura Przepustek do NSA”.

Druga sprawa jest prawdziwym przełomem w nadal trwającej batalii o uprawnienia („kognicję”, jak mówią prawnicy) GIODO. W pierwszej sprawie ze skargi proboszcza, którą Kościół z fanfarami uznał za swoje zwycięstwo, okazało się, że sąd w uzasadnieniu w całości poparł stanowisko wyrażane na Wystap.pl od marca, nie zgadzając się na tworzenie fikcyjnych warunków wydania skarżącym decyzji.

Oczywiście organ państwowy, jakim jest Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych nie jest uprawniony do oceny czy dana osoba jest czy też nie jest członkiem danego związku religijnego, czy też nie wyznaje żadnej religii (ateizm). Nie jest do tego uprawniony żaden organ administracyjny ani żaden sąd w Polsce.

Od początku roku GIODO twierdzi, że musi badać wyznanie skarżących żeby „ustalić” czy w ogóle może proboszczowi coś nakazać. Precedensowy wyrok WSA mocno mu to utrudni a może nawet otworzy drogę do „bezpośredniego” rozpatrywania skarg na parafie. A więc – zwycięstwo! W trwającej od ponad czterech lat batalii o prawa oczywiste poza Polską w sierpniu zebraliśmy wszystkie lewy. W październiku kolejny rozdział tej sprawy. Histeria może być jeszcze większa niż do tej pory.

Tygodnik Powszechny: kompromis z państwem tak, ale bez obalenia „i 3”

zajawka artykułu

W pełniącym rolę głosu rozsądku „Tygodniku Powszechnym” ukazał się artykuł „Trudne wystąpienie„. Ważny, bo po raz pierwszy w prasie katolickiej temat nie jest traktowany zgodnie z deklaracją niewiary biskupa Pieronka: „psy i szczury wrócą do swoich nor„. Dla odmiany na Wiara.pl świat jest nadal czarno-biały jak Jan Suzin: „Apostazja, pedofilia i in vitro. Trzy poletka, na których toczy się dziś w Polsce walka z Kościołem” – definiował niedawno „pola walki” Andrzej Macura.

Krakowski prawnik Maciej Kawecki – na własną prośbę negatywny bohater tekstu „Prawnik Kościoła chce uchylenia decyzji GIODO na niuansach proceduralnych” – wreszcie trafia w dziesiątkę: „istotą sporu jest raczej zakres kompetencji GIODO, nie zaś relacje Kościół-apostaci„. Wielka szkoda, że milczał kiedy sędziowie WSA w Warszawie opowiadali bajki o „sferze wewnętrznch relacji kościoła i jego wiernych” a GIODO nawoził to Traktatem Lizbońskim żeby lepiej rosło. Dalej jednak dzieje się coś dziwnego.

Skoro przepis [art. 43 ust. 2 w związku z art. 43 ust. 1 pkt 3 uodo czyli słynne "i 3"] wskazuje jedynie na osoby należące do kościołów i innych związków wyznaniowych, organ, stosując taką normę, musi dysponować podstawą pozwalającą mu na ocenę, czy dana osoba należy do kościoła, czy nie. W systemie źródeł powszechnie obowiązującego prawa na terytorium RP brak jest natomiast jakichkolwiek przepisów regulujących takie zagadnienie.

– pisał rok temu w „Forum Prawniczym” („Glosa do wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 22 marca 2013 roku w sprawie I OSK 597/12„, nr 5 (19)/2013, s. 52). To już nie obowiązuje Drodzy Państwo. Teraz jest zgoła odwrotnie:

(…) apostaci odbierają ten problem w sposób ideologiczny, ponieważ w ich ocenie organ państwowy – GIODO – rozróżnia zakres przyznanych obywatelom uprawnień ze względu na to, czy ktoś należy do Kościoła, czy nie. Traktują to bardzo osobiście. Tymczasem tu nie ma osobistego podejścia. Organ władzy publicznej dysponuje konkretną normą prawną.

Pytanie za 10 punktów – który Maciej Kawecki jest prawdziwy? Nie wiadomo, tak jak nie wiadomo jaką to „konkretną normą prawną” dysponuje GIODO dzieląc Polaków pod względem wyznania niczym zwierzęta na czyste i nieczyste. Po chwili dowiadujemy się co jest powodem tej nagłej wolty i tu artykuł ponownie trafia w sedno:

(…) ewentualne wykreślenie tego artykułu [chodzi o "i 3" - MP] spowodowałoby powstanie kolejnego problemu, jako że kompetencjami GIODO zostałyby również objęte dane osobowe aktualnych członków Kościoła, co, zdaniem niektórych ekspertów, naruszyłoby autonomię tej instytucji w zakresie danych osobowych.

Wreszcie wychodzi więc szydło z worka – wolta była konieczna, bo teraz „i 3″ ponownie jest dobre i warte mszy. Należy docenić uczciwe przyznanie przez „Tygodnik Powszechny”, że stosunki Państwo-Kościół opierają się na „i 3″ w artykule 43 ustęp 2 jakiejś ustawy, profetycznie nazwanym „symbolem wasalizmu państwa, władzy Kościoła i głupoty elit„. Wszyscy aktorzy tego dramatu – GIODO, Rzecznik Praw Obywatelskich, Naczelny Sąd Administracyjny, Prymas Polski, prawnicy, prasa katolicka i zawsze skora do pyskówki posłanka Pawłowicz – traktują przy tym jako tzw. oczywistą oczywistość, że katolicy nie mają praw obywatelskich. To w ogóle i dla nikogo nie jest problemem, co nie wiadomo czy bardziej śmieszy czy przeraża. W świetle „i 3″ katolik najpierw jest „poddanym Kościoła” (subditus Ecclesiae) potem długo nic i dopiero potem Polakiem. Jakiś kompromis z państwem w tej dotychczas „wewnętrznej sprawie Kościoła„, która niespodziewanie z wewnętrznej zrobiła się zewnętrzna trzeba będzie zawrzeć, ale proszę nie ruszać naszego „i 3″ – tak można to podsumować.

Pomińmy już nawet to, że to groteskowe oparcie prawa wyznaniowego na groteskowym „i 3″ jest niczym innym niż skutkiem ubocznym prawie salomonowej wykładni Naczelnego Sądu Administracyjnego do której doszło tylko dlatego, że GIODO zrujnował język debaty walcząc z samym sobą. Mityczni „niektórzy eksperci” bronią więc manny, która spadła im z nieba. Nawet wówczas śródtytuł „apostato, nie bierz tego do siebie” jest jednak niczym innym niż prośbą do niewierzących, by nie bronili swoich praw. Badanie wyznania skarżącego przez GIODO zanim rozpatrzy skargę jest bowiem kpiną z Konstytucji, co od początku roku wytyka mu… główny adwokat Kościoła (najwyraźniej też „odbiera ten problem w sposób ideologiczny„). Jest to także naruszenie praw człowieka a konkretnie tzw. negatywnego aspektu wolności religijnej (patrz: „Sędziowie ETPCz w Strasburgu o negatywnej wolności religijnej„, 23 września 2013). Odpowiedzieć można: „biskupie, nie bierz tego do siebie – my tylko walczymy o swoje„. Tak oto III RP wykreowała kolejny kuriozalny problem: trzeba łamać prawa człowieka żeby nie naruszyć „autonomii Kościoła Katolickiego w zakresie danych osobowych„.

Motto na ten tydzień: „wiedz, że coś się dzieje”.

Na drodze do wyroku trup ściele się gęsto

sss pppKażdy kto nie zgadza się z decyzją urzędu w swojej sprawie chciałby uzyskać wyrok sądu administracyjnego. Nie każdemu jednak udaje się do niego doprowadzić – nawet jeśli się stara. Droga do niego jest wystarczająco długa, by odsiać wszystkich niedostatecznie zdeterminowanych. Mówiąc wprost – na drodze do wyroku trup ściele się gęsto. Już 7-go sierpnia na marginesie artykułu „Kościół chce wygrać procesy zanim się zaczną” napisałem jak to wygląda od strony Kościoła:

Dla dwóch proboszczów przygoda w sądzie skończyła się zanim zaczęła, bo polegli na banalnych wymogach formalnych. Pierwszy „wypadł za burtę” z powodu braku wpłaty 200 zł wpisowego (sygn. II SA/Wa 457/14). Drugi – na braku odpowiedniej liczby odpisów. Co ciekawe nie podjęli starań o usunięcie braków i tym samym – przebrnięcie przez formalności. Chyba po raz pierwszy w III RP duchowni są traktowani normalnie czyli muszą się odwoływać od decyzji z którą się nie zgadzają – i od razu pojawiły się problemy.

Dwa tygodnie później Polska Agencja Prasowa mogła się więc pochwalić tym o czym wszyscy wiedzieli:

Z informacji PAP wynika jednak, że w co najmniej w jednym przypadku decyzja GIODO uprawomocniła się, zanim proboszcz odwołał się do sądu.

Problem „wykruszania się” uczestników z powodu własnych błędów nękał nas prawie od początku batalii. Zazwyczaj są to niewysłanie jakiegoś pisma lub niezapłacenie opłaty kancelaryjnej („wpisowego”). Takie przypadki są znacznie bardziej deprymujące niż uczciwe przyznanie, że ktoś się w niej nie odnajduje i nie widzi sensu w walce z GIODO o dobro GIODO (co też się zdarzało). Pierwszym, który „wypadł za burtę” już w sądzie był pan J. O., który w sprawie II SA/Wa 2244/11 zmarnował cały wysiłek już witając się z gąską, bo – mimo otrzymanej pomocy Wystap.pl – nie zapłacił 100 zł za sporządzenie uzasadnienia wyroku. Kolejni oszczędni ujawnili się w identycznie zmarnowanych sprawach II SA/Wa 340/12 i II SA/Wa 1295/12. Średnio rok starań o wyrok poszedł do kosza, bo trzeba było jeszcze za niego 100 złotych zapłacić o czym nie było mowy. Na usprawiedliwienie tej trójki wypada dodać, że to wyjątkowo podstępny haczyk.

Niezachowanie procedur przez skarżącego powoduje, że procesu po prostu nie ma. Tak było z potencjalnie istotną skargą na bezczynność GIODO dwa lata temu. Jej brak przesunął początek wyroków w sprawie bezczynności GIODO o kilka cennych miesięcy. W sprawie II SAB/Wa 68/12 sąd postanowił więc:

Stosownie do treści art. 220 § 1 ustawy z dnia 30 sierpnia 2002 r. – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (t. j. Dz. U. z 2012 r., poz. 270) – dalej: ppsa, sąd nie podejmie żadnej czynności na skutek pisma, od którego nie zostanie uiszczona należna opłata.
Zgodnie z treścią art. 47 § 1 ppsa do pisma strony należy dołączyć jego odpisy i odpisy załączników dla doręczenia ich stronom, a ponadto jeżeli w sądzie nie złożono załączników w oryginale, po jednym odpisie każdego załącznika do akt sądowych.
Natomiast zgodnie z art. 220 § 3 ww. ustawy, skarga, skarga kasacyjna, zażalenie oraz skarga o wznowienie postępowania, od których pomimo wezwania nie został uiszczony należny wpis, podlegają odrzuceniu przez sąd.
W rozpoznawanej sprawie strona skarżąca, pomimo doręczenia jej w dniu 16 kwietnia 2012 r. odpisu zarządzenia z dnia 02 kwietnia 2012 r. sygn. akt II SAB/Wa 68/12 o wezwaniu do uiszczenia wpisu sądowego od skargi na bezczynność Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych w przedmiocie rozpoznania wniosku o ponowne rozpatrzenie sprawy oraz wezwania do nadesłania odpisu skargi poświadczanego za zgodność z oryginałem, nie uczyniła zadość wezwaniu Sądu i nie uiściła należnego wpisu sądowego od ww. skargi, co potwierdził Oddział Finansowo-Budżetowy Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie w dniu 27 kwietnia 2012 r. Skarżąca do dnia dzisiejszego nie nadesłała również odpisu skargi poświadczanego za zgodność z oryginałem.

Dwa tygodnie temu „nasz” WSA w Warszawie wytknął szkolne błędy kolejnym dwóm osobom. W sprawie II SA/Wa 791/14 pan E. K. chciał się skarżyć do NSA. Niestety na chęciach się skończyło, bo został kolejną osobą, która zaoszczędziła 100 złotych.

Wezwanie do uiszczenia wpisu od zażalenia zostało doręczone E. K. w dniu 15 lipca 2014 r., jednak nie uczynił on zadość wezwaniu.

Najbardziej groteskowa jest jednak sprawa pana A. K. Zapłacił „wpisowe”, ale i tak stracił status skarżącego w sądzie z powodu spóźnienia się o jeden dzień! Było tak:

Zarządzeniem Przewodniczącego Wydziału II WSA w Warszawie z dnia 11 czerwca 2014 r. sygn. akt II SA/Wa 848/14 strona skarżąca została wezwana do uiszczenia wpisu sądowego od przedmiotowej skargi, w wysokości 200 zł, w terminie 7 dni, pod rygorem odrzucenia skargi. Odpis przedmiotowego zarządzenia został doręczony stronie skarżącej w dniu 25 czerwca 2014 r. (zwrotne potwierdzenie odbioru przesyłki przez dorosłego domownika w aktach sądowych sprawy). W dniu 03 lipca 2014 r. został uiszczony wpis sądowy w kwocie 200 zł w od skargi w przedmiotowej sprawie.

Zatem:

Z akt rozpoznawanej sprawy wynika, iż przesyłka zawierająca odpis zarządzenia Przewodniczącego Wydziału II WSA w Warszawie z dnia 11 czerwca 2014 r. sygn. akt II SA/Wa 848/14 o wezwaniu do uiszczenia wpisu sądowego od skargi ww. na decyzję Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych z dnia [...] marca 2014 r. nr [...], została doręczona stronie skarżącej w dniu 25 czerwca 2014 r. W dniu 03 lipca 2014 r. strona skarżąca uiściła wpis sądowy w kwocie 200 zł w od skargi w przedmiotowej sprawie. Zestawiając jednak datę doręczenia odpisu zarządzenia (25 czerwca 2014 r.), z datą uiszczenia wpisu sądowego (03 lipca 2014 r.), stwierdzić należy, że wpis został uiszczony z uchybieniem terminu zakreślonego przez Sąd. Ostatni dzień 7-dniowego terminu do uiszczenia wpisu upłynął z dniem 02 lipca 2014 r. Reasumując, uiszczenie przez stronę skarżącą wpisu sądowego w dniu 03 lipca 2014 r. nastąpiło po terminie na dokonanie tej czynności, co obliguje Sąd do odrzucenia skargi.

W efekcie w sprawie na placu boju zostali proboszcz ze swoim adwokatem. Niech to będzie przestrogą dla wszystkich uczestników batalii. Nie ma że urlop, nie ma że porwanie przez UFO, nie ma że dostałem neutrinem w głowę. Kto się spóźni jeden dzień tego nie ma!

Kuria kaliska ostrzega: nauka etyki powoduje apostazję

nauka etyki powoduje apostazjęZ okazji nowego roku szkolnego kuria diecezjalna w Kaliszu wydała instrukcję duszpasterską dla katechetów. Widmo prawa nareszcie zajrzało w oczy, bo przypomina w niej, że trzeba zbierać oświadczenia od rodziców, którzy życzą sobie lekcji religii dla ich dzieci. Dotychczasową powszechną praktyką było „zapisywanie” wszystkich jak leci czyli po prostu traktowanie religii jak przedmiotu obowiązkowego z oczekiwaniem, że najbardziej uparci się „wypiszą”. Przypominanie proboszczom po 22 latach (!!) od wprowadzenia rozporządzenia MEN w sprawie religii w szkołach, by „dopilnowali sprawę oświadczeń, aby z powodu ich braku nie zostało wyeliminowane nauczanie religii w placówkach oświatowych” jest z jednej strony światełkiem w tunelu, ale z drugiej – przyznaniem, że lekceważenie prawa i ludzi, które zrodziło przełomową sprawę Państwa Grzelaków w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, było niestety normą.

Jeszcze ciekawszy jest jednak punkt drugi. Kuria uczula, że uczeń, który wybiera etykę zamiast religii popełnia – uwaga – „pisemną apostazję”. Przejmować się tym chyba nie należy, bo zgodnie z kanonem 98 KPK nieletni o apostazji mogą pomarzyć jak o alkoholu. Co w 2009 roku rozpoznał walką Maciej Walczak u samego źródła czyli w Sekretariacie KEP. Oto wolność wyboru „po KEP-owsku”: każdy uczeń ma prawo wybrać między religią a etyką, ale jeśli wybierze źle to trafi do kajetu. I nie ma „ale ja jestem niepełnoletni i chcę się tylko uczyć„. Nie, drodzy państwo – nie z Prześwietną Kurią takie numery. Tym razem całej „procedury apostazji” nie potrzeba – wystarczy chodzić na etykę. Co jest tak naprawdę fundamentem tej edukacyjnej groteski – nawet kuria w wewnętrznym dokumencie nie pisze po prostu o „niechodzeniu na religię”, ale o wyborze do którego Kościół sam zachęcał a nawet wymuszał. I tak nauka etyki została „antykatechezą”, którą od początku miała zostać. Ten wybór jest równie kuriozalny jak między językiem polskim a językiem obcym. Etyka powinna być przedmiotem obowiązkowym, tak jak w Berlinie. Przy okazji dzieci przestaną dokonywać pisemnej apostazji.

PS: Chapeau bas dla Mateusza.

patrz też: „Coraz więcej uczniów wybiera ertykę„, „To wypędzanie ludzi z Kościoła

PPS: Ależ się narobiło! Kościół szybko się z tego wycofałWystap.pl trafiło do TVN24!

Portal wystap.pl, który informuje, jak formalnie wystąpić z Kościoła, zauważa, że aktu apostazji nie może dokonać osoba niepełnoletnia, poza tym sama procedura jest skomplikowana i nie polega na złożeniu jednego oświadczenia.

Prawnik Kościoła chce uchylenia decyzji GIODO na niuansach proceduralnych

Nie wysechł jeszcze atrament na artykule „Kościół chce wygrać procesy zanim się zaczną” a krakowski prawnik Maciej Kawecki na łamach „Dziennika” pod wieloznacznym tytułem „W sprawach apostazji właściwe są parafie” otworzył nowy front. Zwrócił w nim uwagę na to, że GIODO kieruje nakazy do „Proboszcza Parafii”. Zgodnie z prawem osobowość prawną posiada parafia a proboszcz jest jej organem. Autor twierdzi więc, że decyzje powinny być kierowane „formalnie” do parafii nawet jeśli „realnie” chodzi o ich proboszczów. W praktyce chodzi o zamianę „Proboszcza Parafii” na „Parafię”. Podpiera to wyrokiem NSA o sygnaturze IV SA 1357/97, w skondensowanej formie zawartym w systemie Lex pod numerem 47899: „wskazanie imiennie prezesa spółdzielni jako adresata decyzji jest równoznaczne ze skierowaniem decyzji do osoby nie będącej stroną w sprawie„.

1W języku polskim przyjęło się na to mówić – cokolwiek nobliwie – „błąd proceduralny” choć bardziej pasuje tu pejoratywne określenie „legal technicality„. Tę kartę wyciąga się jako ostatnią, kiedy wszystko inne zawiodło. W opartym na prawdziwych wydarzeniach filmie „Z podniesionym czołem” z 1973 roku skorumpowany sędzia wypuszcza groźnych bandytów, bo szeryf przy aresztowaniu nie powiedział im, że mają prawo zachować milczenie i zadzwonić do adwokata. Mniej więcej tak jest odbierane „wygranie” sprawy w ten sposób. Historia bardzo podobna do tego objawionego w poważnej gazecie pomysłu wydarzyła się w angielskim sądzie pracy. Pracownica domagała się przed nim zaległej wypłaty. Jej dyrektor bronił się (?) tym, że w nazwie firmy opuściła słowo „Limited” więc nie chodziło jej o jego firmę, ergo – proces nie mógł się odbyć. Na tak groteskowy i żenujący wykręt sędzia zrugał go w ostrych słowach za utrudnianie wymierzenia sprawiedliwości. Więcej szczęścia miał kolumbijski minister spraw wewnętrznych, którego cały proces o korupcję został unieważniony przez ichni Sąd Najwyższy, bo akt oskarżenia podpisał „jedynie” zastępca prokuratora generalnego a nie on sam. Natomiast dla sędziów jest to „politycznie” wygodna furtka do uchylenia decyzji bez kwestionowania jej meritum. Tak było chociażby w sprawie odebrania dzieci samotnej matce z Białegostoku, która rok temu zelektryzowała opinię publiczną. Od razu okazało się, że były błędy proceduralne… Swoją drogą to dość przerażające jak łatwo je znaleźć kiedy są potrzebne. Maciej Kawecki liczy więc na nić porozumienia z sądem pierwszej instancji jak obejść linię orzeczniczą NSA.

Zacznijmy więc od najważniejszego. Ta zupa jest robiona z gwoździa. To jest fortel jak kupić Kościołowi kolejny rok kosztem kolejnego zakpienia ze skarżących.Gdy duszpasterz odmawiał przyjęcia nadesłanego oświadczenia, wnioskujący odwoływali się do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, jednak bezskutecznie, co niedawno (11 stycznia 2012 r.) potwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, słusznie uznając, iż organy państwowe nie są władne ingerować w sprawy wewnątrzkościelne” – pisał w styczniu 2012 roku znający temat od podszewki ks. dr hab. Piotr MajerNajwyraźniej wówczas Kościół jeszcze nie wiedział, że mu się krzywda dzieje (proboszczowie byli uznawani za uczestników na prawach strony od 2011 roku). Ba! Nie wiedział tego nawet po ośmiu wyrokach Naczelnego Sądu Administracyjnego w październiku, które ostatecznie złamały jednostronny dyktat arcybiskupów. Połapał się dopiero w tym roku, po przekuciu tych wyroków w decyzje GIODO i tylko dzięki Panu Mecenasowi, który sokolim wzrokiem dostrzegł, że stoi napisane „proboszcz parafii” a ma stać „parafia”. I wielka szkoda, bo rzucania na szalę trzeciorzędnych zarzutów po przegraniu sprawy najwyraźniej miał już dosyć sam Sąd Najwyższy, który konsekwentnie odrzucał takie „zapomniane” zarzuty. Zgodnie z zasadą, która powinna być tzw. „oczywistą oczywistością”, że do sądu idzie się ze wszystkimi zarzutami jakie się ma, a nie wyciąga kolejne wycofując na z góry upatrzone pozycje.

Po drugie primo. Wyroki na które powołuje się autor nie są bezpośrednio związane z sytuacją parafii. Dotyczą takich rażących sytuacji jak pomieszanie osoby fizycznej z pełnioną funkcją (pana Kowalskiego z burmistrzem miasta Kowalskim) lub uznanie za stronę prezesa zarządu firmy (ze szkodą dla rady nadzorczej i całej wewnętrznej hierarchii). Niczego takiego tu nie ma. Biuro GIODO robiło w tej batalii różne dziwne rzeczy, ale pisma adresują zawsze do „Księdza Proboszcza” (nawet pomijając imię i nazwisko, a więc autor wytyka nieistniejący błąd!). Nie ma też w parafiach żadnej hierarchii – jest kilku posługujących wikariuszy i proboszcz, który wszystkim zarządza i podejmuje decyzje (co autor jak na ironię sam podkreśla!). Intencje reprezentującego proboszczów – czym zapomniał się pochwalić – prawnika zdradza oczekiwanie uchylenia decyzji na tak naciąganej podstawie: „sankcją za dopuszczenie się przez organ powyższych naruszeń powinna być nieważność wszystkich dotychczas wydanych decyzji„. Tę swoistą karę dla urzędu za amatorszczyznę stosuje się wobec sytuacji rażących, zwłaszcza jeżeli uchybienie wpływa na prawa i obowiązki właściwej strony postępowania. Tymczasem autor nie ocenia rangi uchybienia, bo musiałby odrzucić własny pomysł. W podobnej sprawie IV SA/Wa 646/11 „nasz” sąd – WSA w Warszawie – orzekł  tak oto:

Badając legalność zaskarżonej decyzji w oparciu o powołane wyżej przepisy Sąd uznał, że decyzja ta nie narusza prawa w stopniu kwalifikującym ją do wyeliminowania z obrotu prawnego, natomiast argumenty podniesione w skardze nie zasługują na uwzględnienie. (…) Sąd zważył, iż stwierdzenie nieważności decyzji jest wyjątkiem od ogólnej zasady trwałości decyzji ostatecznych, o której mowa w art. 16 § 1 k.p.a. i może mieć miejsce tylko wtedy, gdy decyzja w sposób niewątpliwy dotknięta jest przynajmniej jedną z wad wymienionych w art. 156 § 1 k.p.a. Z tego powodu wykładnia wymienionych przesłanek winna mieć charakter ścieśniający (v. wyrok SN z dnia 11 maja 2000 r., III RN 62/00, OSNAPiUS 2001, nr 4, poz. 100). Zasadniczo istotą tych przesłanek jest: (1) brak legitymowanego podmiotu – art. 156 § 1 pkt 1 i 4, (2) znaczna ułomność przedmiotu stosunku prawnego – pkt 5 i 6, (3) fakt, że przedmiot stosunku nie istnieje – pkt 2 i 3.

I wreszcie po trzecie primo. Od dawna walczymy z trwającą od 1998 roku dyskryminacją katolików przez GIODO, który zawziął się, że żadnemu nie wyda decyzji, bo dura lex sed lex i skrupulatnie oddziela uprawnionych od katolików na etapie subsumpcji. W marcu mówiłem o tym głośno jako pierwszy w Polsce, nazywając to naruszeniem Konstytucji i praw człowieka. Przypominało to szukanie człowieka przez Diogenesa. Więc może niech Pan Mecenas nie przeszkadza w „konstruktywnej dyskusji nad zasadnością działań podejmowanych przez GIODO w sprawie apostatów” (o którą apeluje w ostatnim zdaniu) wprowadzaniem do niej marginalnych kwestii technicznych. :-) Nie czas gumkować jedno słowo gdy GIODO dzieli Polaków według kryterium wyznaniowego.

Strona kościelna może oczywiście próbować kupić sobie jeszcze jeden rok koniecznością zamiany w dokumentach „proboszcza parafii” na „parafię”, nadal udając, że nie widzi przekraczającej granicę śmieszności dyskryminacji katolików przez GIODO, z którą walczymy od jakichś trzech lat (co z kolei samo w sobie przekracza granicę śmieszności). Najwyraźniej wobec jawnego już braku recognitio Stolicy Apostolskiej dla „instrukcji o apostazji” z marca 2012 roku nie zostaje jej nic innego niż – mówiąc Jackiem Kurskim – „iść w lipę” czyli w coś co w najlepszym wypadku można nazwać mało istotnym uchybieniem. Warto jednak zadać sobie pytanie czy przedłużanie tej agonii „Kościoła Polskiego” jest naprawdę zwycięstwem w sądzie na miarę Konferencji Episkopatu Polski. Zachodzi obawa, że tak.

„Nie powiadomił ich pan o prawie do milczenia” – scena z 1973 roku

 

Prymas: 29 postępowań sądowych

Apostazja, pedofilia, in vitro – depesza KAI

Wśród omawianych dziś przez biskupów diecezjalnych zagadnień znalazły się również kwestie prawne dotyczące aktu apostazji. Jak poinformował Prymas Polski abp Wojciech Polak, obecnie toczy się 29 postępowań sądowych przeciwko parafiom, gdzie osoby skarżące domagają się wpisania do ksiąg parafialnych aktu swojego wystąpienia z Kościoła, mimo, że nie wypełniły one obowiązujących kościelnych procedur w tym zakresie.

O fakcie aktu apostazji osoby te zawiadamiają listem bądź mailem czy faksem. Nie czynią tego natomiast osobiście, zgodnie z procedurą przewidzianą i ogłoszoną przez Kościół. W ich świetle zainteresowany wystąpieniem winien poinformować proboszcza o chęci dokonania apostazji. Następnie w towarzystwie dwóch świadków i w obecności proboszcza podpisuje się akt apostazji.

- W ubiegłym tygodniu wydany został pierwszy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego dotyczący nakazu, jaki Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych wydawał proboszczom w celu wpisywania aktów apostazji z pominięciem kościelnej praktyki, specjalnej instrukcji, która o tym mówi – przypomniał abp Polak. Podkreślił, że ten wyrok jest przychylny dla Kościoła i mówi o tym, że prawo kościelne należy respektować. Dodał, że choć takich spraw nie jest ilościowo dużo, to jednak pojawiają się w różnych miejscach w Polsce, dlatego „proboszczowie muszą o tym wiedzieć”. Muszą też być świadomi procedury odwoławczej, w przypadku gdyby sąd pierwszej instancji wydał wyrok niekorzystny dla Kościoła.

*^*^*^*^*^*

Dopiero kiedy o sprawie ponownie zrobiło się głośno i tej lawiny nie da się już zatrzymać, Kościół przyznał, że problem jest poważny. Należy przy tym pamiętać, że sprawy przesiewają się – świadomie lub nie – na każdym etapie skomplikowanej machiny urzędowo-sądowej. Z dostępnych raportów rocznych Biura GIODO wynika, że do Naczelnego Sądu Administracyjnego dociera około 1% spraw trafiających do urzędu. Czas więc za Księdzem Prymasem powiedzieć jedną rzecz wprost: Biuro GIODO jest tymi skargami praktycznie zalane, płacąc wysoką cenę za lata umizgów, zamiatania spraw pod dywan i groteskowego udawania nieistniejącej jedności. I druga sprawa godna uwagi – nie ma ani słowa o recognitio Stolicy Apostolskiej czyli zatwierdzeniu nadal tajnego projektu dekretu Episkopatu Polski z marca 2012 roku. W styczniu obecny prymas ujawnił, że zrezygnowano z obecności świadków. Teraz proboszczowie przygotowują się do składania skarg kasacyjnych a recognitio nadal nie ma. I ten dojmujący brak jest coraz bardziej wymowny i coraz trudniejszy do ukrycia. No bo jak wymagać stosowania się do prawa kościelnego, którego coraz bardziej nie ma? To tylko Pani Sędzia Ewa Kwiecińska wie.

GIODO ukręcił bicz na własne plecy

sss pppW czwartek w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie miała miejsce pierwsza rozprawa wytoczona GIODO przez – niezgadzającego się z nakazem adnotacji w księdze chrztów – proboszcza katolickiego. W sprawie, która się tam dowlokła, GIODO w 2012 roku uznał, że nie może wydać decyzji z powodu „i 3″ w art. 43 ust. 2 ustawy o ochronie danych osobowych a potem w 2014 roku uznał, że musi ją wydać z powodu tego samego „i 3″. Przy czym decyzji i tak nie uzasadnił, bo ograniczył się do uzasadnienia dlaczego powinna zostać wydana. Cały czas – od ponad dwóch lat – sprawa o tzw. „wystąpienie po włosku” jeszcze się nie zaczęła i wszyscy za wyjątkiem skarżącej – GIODO, pełnomocnik GIODO, sędziowie, proboszcz, jego adwokat i prześwietna kuria – robią  co można żeby się nigdy nie zaczęła. Skarżąca – dziewczyna, która mimo młodego wieku wykazała się większą odwagą, inteligencją i mądrością niż minister – była jedyną osobą w tym dramacie, która chciała zakończyć chocholi taniec wokół „i 3″ i przejść do meritum.

Pełnomocnik GIODO tak samo jak przez dwa lata „podtrzymywał”, że decyzji nie można wydać z powodu „i 3″ tak teraz „podtrzymywał”, że z powodu „i 3″ należy ją wydać. Udawanie Atlasa skończyło się tak jak musiało czyli sąd go zignorował. Natomiast sam sąd nawet nie udawał, że jest bezstronny i rzucił GIODO betonowe koło ratunkowe. Zignorował bardzo jasne i trafne zarzuty skarżącej (która słusznie podkreśliła, że nie były ideologiczne i w równym stopniu mógł je podzielić proboszcz), przepytał czemu się nie chce stosować do Świętej Instrukcji Apostatycznej, zignorował jej doskonałą odpowiedź na własne pytanie, że Kościół Katolicki nie uznaje formalnego wystąpienia, bo mu nie pasowała do wyroku po czym uznał, że od wystąpienia są „procedury apostazji” Episkopatu Polski, które nie tylko nie są od wystąpienia, ale nawet nie istnieją (co w czerwcu oficjalnie przyznał sam GIODO). A to, że Kościół nie uznaje formalnego wystąpienia jest nieważne, bo ważne jest to, że „nie chce się zastosować„. Nieważne do czego – ważne, że nie chce. A nie istnieją, bo Stolica Apostolska na złość sędziom II Wydziału do dzisiaj ich nie zatwierdziła. Wszystko co jest to nadal tajny projekt dekretu po który GIODO musi chyba wybrać się na drugą rozmowę z Sekretarzem Generalnym KEP i puścić oko żeby mu ujawnili. Grunt to mieć podkładkę do drukowania a brak recognitio Watykanu jakoś się zamaskuje gaworzeniem o statucie KEP. A zignorowanemu papieżowi wyjaśni się, że jest ignorowany dla swojego dobra zgodnie z wyrokiem sądu i jak chce to niech się odwołuje. :-) Mniej więcej tak wygląda przyszłość tego wyroku. We wrześniu te mądrości powinny zostać przelane na papier. „Miałam wrażenie, że najmniej zorientowanymi ludźmi na sali co się w ogóle dzieje byli sędziowie” – powiedziała po zakończeniu skarżąca. Ponownie w dziesiątkę.

Pacyfik

zgodnie z wyrokiem GIODO ma wydać decyzję na podstawie tej odpowiedzi…

Tak się przy tym składa, że sprawa dotyczy parafii należącej do Diecezji Drohiczyńskiej, której biskup nie tylko nie przyjął „instrukcji Michalika” (więc jej tam w ogóle nie ma), ale odpisał w tej sprawie do GIODO listem pokazującym kompletne oderwanie od rzeczywistości. Mamy oderwanych od rzeczywistości sędziów wspierających oderwanego od rzeczywistości biskupa – o czym sami nie wiedzą, bo jeszcze nie doszli do kanonu 455 Kodeksu Prawa Kanonicznego z którym Biuro GIODO jest już zapoznane choć póki co do poprawki.

Dwa lata pokerowych zagrywek GIODO w tej sprawie skończyło się niczym – ma wszystko zacząć od początku w okolicy Zaduszek. ;-) Sędziowie byli na tyle oderwani od rzeczywistości, że przyjęli jako pewnik, że skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego złoży skarżąca. Nawet ją uprzejmie pouczyli jak ma to zrobić. Tylko na dobrą sprawę czemu miałaby to robić? W najgorszym wypadku za rok wróci rekurencyjnie w tej samej sprawie do tego samego sądu – a to i tak szybciej niż byłby wyrok NSA. Na uchyleniu wyroku powinno zależeć GIODO i to on stoi przed niezwykle trudnym wyborem czy składać skargę kasacyjną czy nie. Nasza strona w tej wojnie zrobiła ich kilkanaście a GIODO jedną i to w interesie Kościoła, którą mu oddalono. Czas wybić się na niepodległość, jeśli są takie ambicje. Trzy i pół roku walki społeczeństwa z GIODO o jego własną kognicję (czerwiec 2010 – grudzień 2013) sprawiło, że sędziowie uroili sobie, że to tak ma być. To minister Wojciech Wiewiórowski ukręcił bicz na własne plecy i sam siebie postawił przed testem czy to co pisze do poważnych ludzi ma jakiekolwiek znaczenie i jak długo można wydawać różne decyzje w tej samej sprawie. Albo zgadza się z tym wypinającym się na NSA wyrokiem i wraca jak niepyszny do możliwej tylko w Polsce zasady, że Kościół decyduje kto ma prawo do decyzji urzędu w jego własnej sprawie albo nie i robi skargę kasacyjną. Tertium non datur a na domiar złego tempus fugit. Dykteryjki o Szwecji i harcerzach, które miał dla posłów i opinii publicznej, dzięki nadgorliwości sędziów przestały kogokolwiek interesować. Aż się chce powtórzyć za Grekiem Zorbą: „jaka piękna katastrofa„.

PS: Sędzią, który najbardziej chamsko ciągnął sprawę w kierunku „instrukcji Michalika” był Andrzej Kołodziej. Ten sam, który prawie dwa lata temu na każdym kroku przeszkadzał śp. Bolesławowi Michalskiemu w wykazywaniu, że GIODO stosuje się do przepisów kościelnych mówiąc „my tu jesteśmy w sądzie powszechnym, proszę mówić tylko o prawie powszechnie obowiązującym„. Natomiast 6 marca 2013 wydał wyrok w myśl którego GIODO nie może zajmować  się wewnętrznymi regulacjami Kościoła, bo nie należą do polskiego prawa. Pozdrawiamy Pana Sędziego!

patrz także:

Sąd uchylił decyzję GIODO nakazującą proboszczowi odnotowanie apostazji. Będzie odwołanie?„, TVN24

Sąd: proboszcz nie musi odnotować apostazji„, Rzeczpospolita

„WSA uchylił decyzję GIODO nakazującą proboszczowi odnotowanie apostazji”, Polska Agencja PrasowaGazeta Wyborcza, Interia.pl, Wirtualna Polska, Gazeta Wyborcza x2

Ksiądz na razie nie musi odnotować apostazji„,  Deon.pl

Apostazji nie trzeba wpisywać„, „Gość Niedzielny”

Sąd uchylił decyzję GIODO„, Katolicka Agencja Informacyjna

reakcja Radia Maryja

Sąd studzi GIODO„, „Nasz Dziennik”, „Złe prawo trzeba zmienić” – komentarz

Kościół chce wygrać procesy zanim się zaczną

Po styczniowym przewrocie kopernikańskim czyli rozpoczęciu rozstrzygania przez GIODO sporów z proboszczami, adwokaci Kościoła w pierwszej kolejności zaczęli walczyć o wstrzymanie wykonania nakazów GIODO. Mówią mniej więcej tak: zrobimy tę adnotację, ale nie teraz tylko po prawomocnym wyroku; nie będziemy go robić póki jest o to batalia sądowa. Używając urzędniczego żargonu – „co do zasady” nie jest to problemem, nawet jeśli nie za bardzo wiadomo po co w ogóle te wnioski,  bo postępowania egzekucyjnego w trakcie procesów GIODO przecież nie robi. Diabeł tradycyjnie tkwi w szczegółach czyli używanych argumentach. Wszystko co należy zrobić żeby takie wstrzymanie wykonania decyzji „na po wyroku” było możliwe to wykazać, że „zachodzi niebezpieczeństwo wyrządzenia znacznej szkody lub spowodowania trudnych do odwrócenia skutków„. Jest to – i powinno być – kompletnie oddzielone od skargi na samą decyzję GIODO. Jak mówi NSA: „rozpoznając wniosek o wstrzymanie wykonania przedmiotu zaskarżenia Sąd nie dokonuje oceny zasadności skargi„. Jeśli argumenty za wstrzymaniem wykonania decyzji celowo zlewają się z argumentami przeciwko decyzji a w skrajnym wypadku powielają je – mamy do czynienia z manipulacją, czymś w rodzaju techniki „stopa w drzwiach„. Gdyby sąd (który podejmuje taką decyzję) uznał „proceduralnie” zarzuty „merytoryczne”, które dopiero mają trafić na wokandę to praktycznie byłoby po procesie zanim by się zaczął, bo proboszcz parafii mógłby z uśmiechem powiedzieć, że sąd już podzielił jego argumenty w postanowieniu o wstrzymaniu wykonania decyzji. W najlepszym wypadku sędziowie musieliby się wykręcać, że „tamto” przyznanie racji proboszczowi nie przekłada się na proces, który właśnie rozpatrują. Wyszłoby pewnie jeszcze gorzej niż to brzmi. Ponieważ Kościół niestety przyzwyczaił do tego, że przysłowiowe odwracanie kota do góry ogonem to jego największa broń (patrz: Kościół próbuje „obejść” ustawę?, 6 kwietnia 2014) nie powinno dziwić, że ten kolejny trik wydaje się być stosowany z premedytacją.

zgubne efekty głaskania krokodylaGłówny adwokat Kościoła użył dwóch takich wytrychów – nakaz GIODO nie może zostać wykonany ponieważ kuria tego nie akceptuje (o co jest cała walka!). Drugi wytrych jest już chyba desperacją, bo brzmi już tylko komicznie. Nie można otóż wpisać adnotacji o wystąpieniu z Kościoła, bo… nie ma na to miejsca! Jest na to tylko jedna odpowiedź: na złodzieju czapka gore. 

Jeszcze ciekawsze jest inne uzasadnienie w tej samej sprawie.

Strona skarżąca zaznaczyła, że do księgi metrykalnej proboszcz może wpisać tylko to, na co zezwala mu prawo kanoniczne. Ewentualnie, jeżeli wprowadza się poprawki, wówczas na taki wpis proboszcz musi mieć zezwolenie kompetentnej władzy kościelnej. Zdaniem strony skarżącej skoro w toczącej się sprawie nie dokonano formalnego aktu wystąpienia z Kościoła Katolickiego przepisami prawa kościelnego, to biskup nie poleci proboszczowi dokonania zmian w księdze metrykalnej, a ten z kolei nie ma tytułu prawnego, aby o nią zabiegać. Nadto, strona skarżąca wskazała, że w myśl prawa kościelnego – Proboszcz Parafii pw. św. [...] w M., nie jest stroną. Wobec powyższego ewentualne wykonanie zaskarżonej decyzji, spowoduje narażenie jej na sankcje karne określone w Kodeksie Prawa Kanonicznego, wynikające z nieposłuszeństwa wobec biskupa. Takie zdarzenie mogłoby okazać się precedensem i prowadziłoby nawet do usunięcia z urzędu proboszcza, co byłoby wyrządzeniem stronie skarżącej znacznej szkody. Strona skarżąca dodała, że księgi metrykalne to dokumenty kościelne, wobec czego wydawanie dyspozycji przez czynniki świeckie, nakazujące dokonać jakiegoś zapisu, są niedopuszczalne.

Bardzo ładnie, tylko – mówiąc Kubusiem Puchatkiem – co jest czym czego Panie Mecenasie, skoro po to właśnie jest skarga na decyzję? Naczelny Sąd Administracyjny objaśnił to w sprawie II OZ 184/05 z 28 kwietnia 2005, LEX nr 302251:

Oparcie wniosku o ochronę tymczasową na niezgodności decyzji z prawem, a zwłaszcza rozstrzygnięcia Sądu w tym zakresie, niweczyłoby kontrolę sądową legalności decyzji administracyjnej.

Później były na ten temat różne inne orzeczenia, na przykład to:

kwestionowanie merytorycznej zasadności decyzji organu we wniosku o wstrzymanie wykonania decyzji nie mieści się w treści przepisu art. 61 § 3 p.p.s.a.

Sędzia musiał więc lawirować żeby nie dać się wciągnąć w tę przewrotną grę w której przyszły wyrok będzie konsekwencją podjętej jednoosobowo decyzji o zostawieniu adnotacji „na po wyroku”. Póki co sędziowie nie dają się złapać w pułapkę i jeśli idą proboszczom na rękę to nie wpływając na nadchodzące rozprawy. Prawo do uczciwego procesu – które było tu stawką – jest chyba uratowane, ale gdyby nie było – zawsze mamy NSA.

PS: Dla dwóch proboszczów przygoda w sądzie skończyła się zanim zaczęła, bo polegli na banalnych wymogach formalnych. Pierwszy „wypadł za burtę” z powodu braku wpłaty 200 zł wpisowego (sygn. II SA/Wa 457/14). Drugi – na braku odpowiedniej liczby odpisów. Co ciekawe nie podjęli starań o usunięcie braków i tym samym – przebrnięcie przez formalności. Chyba po raz pierwszy w III RP duchowni są traktowani normalnie czyli muszą się odwoływać od decyzji z którą się nie zgadzają – i od razu pojawiły się problemy. Ceną niedopełnienia formalności jest przekazanie sprawy do postępowania egzekucyjnego więc tylko patrzeć aż prasa katolicka uderzy w ton męczeński a posłanka Pawłowicz odkryje kolejny atak na Kościół. Już w marcu uprzedzałem w wywiadzie, że traktowanie przez dwie dekady 10 tys. proboszczów niczym ambasadorów w końcu obróci się przeciwko nim samym! Niestety znowu miałem rację i teraz kler ma aplikowaną terapię szokową – a tego nikt nie lubi.

GIODO znowu oblał z prawa kanonicznego

W ostatniej próbie zachowania w Polsce państwa wyznaniowego, w którym prawo publikuje się na stronie episkopat.pl, 9 października 2013 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie nakazał GIODO „ustalić” jakie jest to prawo Kościoła Katolickiego dotyczące występowania („Układ GIODO-WSA nadal broni państwa wyznaniowego„, 4 grudnia 2013). Plan się nie powiódł, bo dwa tygodnie później Naczelny Sąd Administracyjny dobił tę hydrę serią ośmiu wyroków. Dzięki temu jakiekolwiek prawo kościelne przestało mieć znaczenie – a tym samym „ustalenia” GIODO w tym zakresie. Zostały zdegradowane do roli ciekawostki. Pan Minister ustala autonomię biskupówJuż po – nomen omen – dziewięciu miesiącach urodziły się te z założenia nieistotne ustalenia GIODO, co sam przyznał w decyzji. Po raz pierwszy jednak został zmuszony do ich napisania na papierze i dzięki temu można prześledzić ten swoisty egzamin z prawa kanonicznego. Okazuje się, że GIODO zaczyna poniewczasie iść w kierunku w który gdyby poszedł na początku kadencji uniknąłby wojny polsko-wiewiórowskiej i swojej totalnej kompromitacji – choć teraz to już musztarda po obiedzie. Mianowicie zaczyna sugerować (bo tradycyjnie żadnych konkretnych ustaleń nie ma), że skarżący nie mogli zastosować się do „Świętej Instrukcji Apostatycznej” Konferencji Episkopatu Polski z 2008 roku, bo nie została poprawnie przyjęta w wewnętrznym prawie kościelnym. Ponieważ nie ma to już znaczenia prawnego chodzi już tylko o symbol – potwierdzenie naszych ustaleń, że „kandydaci na apostatów” nie mogli się do niej zastosować nawet gdyby chcieli, bo jej nie było. Pokonałoby to Episkopat Polski na podstawie jego wewnętrznego prawa do którego od początku i za wszelką cenę całą sprawę sprowadzał. Dla przykładu w listopadzie 2012 roku jego sekretarz generalny powiedział w wywiadzie:

Apostazja jest dla Kościoła zawsze problemem, ale jej rozmiary na razie – z tego co wiem – nie wydają się niepokojące. Chodzi bardziej o to, że grupy promujące apostazję [uwaga, wbrew pozorom to o Wystap.pl!] nie chcą respektować prawa kościelnego dotyczącego występowania z Kościoła. Jest to niezrozumiałe, gdyż występowanie z jakiejkolwiek organizacji wymaga podjęcia działań określonych w jej regulaminie. Podobnie jest z apostazją.

Biuro GIODO zaczyna więc mówić: „Księże Prymasie, wasze regulaminy nie istnieją” – aczkolwiek z wdziękiem policji, która zawsze przyjeżdża na koniec filmu, kiedy wszyscy źli są już zabici. Nawet tu jednak nie mają odwagi stanąć na kursie kolizyjnym z odpowiedzią biskupów na pytanie GIODO o przyjęcie tej instrukcji w wyniku czego stosują dziwaczną  i sprzeczną argumentację, którą kuria koszalińsko-kołobrzeska, bo to jej dotyczy decyzja, obali w sądzie jedną ręką jeśli tylko będzie miała okazję.

–> oblany egzamin Pana Ministra <–

GIODO zaczyna z wysokiego C, bo „poprawiając” nazwę tego nieszczęsnego dokumentu po tym jak zaczęły ją poprawiać kurie (skądinąd najlepszy dowód jego znaczenia). Pomińmy już lapsusy stylistyczne i gramatyczne – nieodłączną cenę boskiego przekleństwa: „rodzić będziesz w bólu„. Najważniejsze jest to, że uznaje go za „promulgowany” czyli na siłę robi z niego dekret ogólny (przy okazji podpisując się pod piramidalną głupotą, że „Akta Konferencji Episkopatu Polski” są organem urzędowym Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej podczas gdy każdy głupi wie, że są nim „Koszalińsko-Kołobrzeskie Wiadomości Diecezjalne„). Promulgowany znaczy tyle co „obwieszczony„. Jeśli więc „instrukcja Michalika” została promulgowana w organie urzędowym diecezji – jak „ustalił” Pan Minister – to znaczy, że wszystko odbyło się tak jak powinno. Tymczasem kilka linijek dalej pisze, że powinna była zostać ogłoszona. Czyli dokładnie to co właśnie „ustalił”, że zrobiono! To nie jest nawet brak znajomości faktów – to jest urzędowy idiotyzm, który zobaczyłby średnio inteligentny maturzysta. Proboszcz powinien napisać w odwołaniu, że GIODO właśnie udowodnił, że instrukcja została poprawnie przyjęta w Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej tylko sam tego nie zauważył. W ramach korepretycji z prawa kanonicznego przypominam, że rozwiązanie przedstawiłem już na początku kadencji GIODO („W jakich diecezjach przyjęto instrukcję KEP o wystąpieniu z Kościoła?„, 12 października 2010). To biskupi decydują czy przyjmą propozycje Rady Prawnej i mogą je przyjąć odpowiednim dekretem (jak na ironię GIODO sam to wykazuje powołując się na kanon 381 KPK czyli znowu walczy sam ze sobą). Nie tylko mizerny status „instrukcji Michalika” opisał rok przed jej powstaniem profesor prawa kanonicznego John Huels z Uniwersytetu Świętego Pawła w Ottawie (dobra wiadomość dla Pana Ministra – mają na UKSW), ale Kościół sam to wielokrotnie potwierdził:

1) po raz pierwszy zapytany o to rzecznik prasowy KEP ks. dr Józef Kloch odpowiedział wymijająco „w Sekretariacie KEP nie gromadzimy informacji statystycznych„; „tych informacji nie miała też Rada Prawna KEP” – to wtedy, w momencie największego upadku w styczniu 2012 roku, red. Ewa Czaczkowka przyłapała KEP na gorącym uczynku i nikt nie kwestionował zasady. Dopiero później ks. Kloch odmawiał wypowiedzi dla prasy (bo każda byłaby zła) a dużo później – w lipcu 2013 roku czyli po urobieniu GIODO w siedzibie KEP – powstał gotowiec odpowiedzi biskupów na jego gotowca, którego lejtmotywem było „ogólnopolskie” obowiązywanie o które się jednocześnie (i nadal bezowocnie) starali w Watykanie.

2) rzecznik prasowy KEP sam to podkreślał w 2009 roku – patrz „Rzecznik KEP potwierdza ustalenia Wystap.pl„, 13 kwietnia 2013

3) decyzja GIODO jest kolejnym policzkiem dla dwóch metropolitów – kardynała Stanisława Dziwisza i arcybiskupa Wiktora Skworca, którzy specjalnie dla niego tę instrukcję przyjęli – potwierdzając tym, że żadnej promulgacji nie było, bo to następuje po recognitio Stolicy Apostolskiej; szczególnie pokrzywdzony jest kardynał Dziwisz, który odnośnie „Akt KEP” użył neutralnego słowa „opublikowane” i przyjmując ją powołał się na kanon 391 § 2 KPK; jego kanclerzem, który również podpisał dekret jest nie kto inny niż ks. dr hab. Piotr Majer, konsultor Rady Prawnej KEP i autor polskiego wydania opus magnum „Kodeks Prawa Kanonicznego. Komentarz

4) kiedy zupa była już wylana, temat zamknął sam sekretarz Rady Prawnej KEP ks. dr Andrzej Maćkowski w oświaczeniu dla KAI:

Ponadto należy stanowczo oświadczyć, że dokument KEP „Zasady postępowania w sprawie formalnego aktu wystąpienia z Kościoła”, co do meritum, nie stracił swej ważności, chociaż trzeba przypomnieć – jako że nie jest to dekret ogólny KEP – aby mógł on być zastosowany w konkretnej diecezji, wymaga stosownego zarządzenia kompetentnego biskupa diecezjalnego.

Można by tę litanię kontynuować, ale po co? Dość powiedzieć, że obrońcy naszych danych osobowych nie przeczytali nawet komentarza do kanonu 455, którym tak wymachują (ss. 399-401 u Majera). Zobaczyliby, że – w powiązaniu z oświadczeniem ks. Maćkowskiego – nie chodzi  o kanon 455 § 1 KPK tylko § 4: „W wypadkach, w których ani prawo powszechne, ani szczególnie polecenie Stolicy Apostolskiej nie udzieliło Konferencji Episkopatu władzy, o której w § 1, pozostaje nienaruszona kompetencja poszczególnego biskupa diecezjalnego i ani Konferencja, ani jej przewodniczący nie mogą działać w imieniu wszystkich biskupów, chyba że wszyscy i poszczególni biskupi wyrażają na to zgodę„. Właśnie dlatego po strasznej walce KEP został zmuszony wystąpić o recognitio do Stolicy Apostolskiej, co jest faktem znanym wszędzie poza Biurem GIODO, które wałkuje ten temat od czterech lat. Jego odwlekające się od dwóch lat przyznanie to jednak tym razem naprawdę wewnętrzna sprawa Kościoła.

Od dawna już nie walczymy ani o „i 3″ ani z „i 3″ tylko o godność. Dlatego GIODO ma obiecane, że będzie „ustalać” czy Biskup Koszalińsko-Kołobrzeski przyjął formalnym aktem „instrukcję Michalika” aż z siebie wydusi, że nie, co i tak wie oficjalnie od 29 listopada. Kanclerz kurii odpisał mu bowiem, że jak przystało na ściągawkę jest stosowana na gębę, bo „nie zostały wprowadzone diecezjalne regulacje prawne odnoszące się do kwestii apostazji. Taka sytuacja.

GIODO: wyjątek dla Kościoła na gwałt potrzebny

Wielkimi krokami zbliża się unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, zastępujące przestarzałą dyrektywę w 1995 roku. Kościoły są w niej traktowane tak jak pozostali administratorzy danych osobowych choć w artykule 85 przewidziano pewien wyjątek – jeśli w danym kraju istnieją wystarczające regulacje w tej kwestii można je nadal stosować, pod warunkiem, że krajowy „GIODO” stwierdzi ich zgodność z rozporządzeniem. GIODO sam przyznał dla Lex.pl, że stworzono go dla Niemiec a w Polsce takich przepisów nie ma. Wyciąga z tego jednak przewrotny wniosek, że „trzeba” go zrobić na gwałt po to żeby Polska załapała się na ten przepis.

Innym wyjątkiem, który wywoła zapewne wiele dyskusji podczas prac nad nową ustawą, będą zasady przetwarzania danych osobowych przez kościoły i związki wyznaniowe. Projekt rozporządzenia UE przewiduje w tym zakresie tylko ogólne ramy, które do polskiej sytuacji nie będą miały większego zastosowania. – Bo tam jest napisane, że jeżeli w dniu wejścia w życie rozporządzenia istnieje całościowy system ochrony danych osobowych w kościołach lub związkach wyznaniowych w państwie, to można go zgłosić jako wyjątek od rozporządzenia. To jest przepis napisany praktycznie pod  Niemcy, bo tam coś takiego jest. W Polsce takiego systemu nie ma, więc przed wejściem w życie rozporządzenia trzeba będzie jakieś zasady stworzyć – mówi Wojciech Wiewiórowski.

Oto logika godna mszy – ponieważ „przepis napisany jest praktycznie pod Niemcywięc „trzeba” stanąć na głowie żeby się pod niego podczepić póki się da. Czyli znowu jedyna w Unii Europejskiej dopychana kolanem sztuczka prawna. Czasu na to zostało mniej niż na dotarcie pojedyńczej sprawy do Naczelnego Sądu Administracyjnego (około trzy lata), co mu nie przeszkadzało, bo „nie może domniemywać uprawnień do stosowania >i 3<„, ale zatwierdzić cały pakiet z Episkopatu Polski, który ma obowiązywać przez wiele lat i który zapewne zobaczymy dopiero po fakcie GIODO zdąży, bo „trzeba”. Zostaje pogratulować poczucia smaku i obowiązku…

PS: Jedno w tym dobre – GIODO właśnie pogrzebał swój własny mit, że nowe prawo będzie panaceum na problemy z „i 3″ czyli obowiązkiem dyskryminacji katolików. Już wiadomo, że nie będzie.

PPS: Chapeau bas dla Michała!