We wtorek w Naczelnym Sądzie Administracyjnym zerwiemy zasłonę kłamstw

Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i 3.
motto Wystap.pl

NSA wejściePrawie sześć lat temu portal Wystap.pl publicznie rzucił rękawicę państwu konfesyjnemu w którym wszystko trzeba „uzgodnić” i „wyjaśnić” z biskupami za plecami sądów i „przypadkowego społeczeństwa„. Kwintesencją tej patologii był legalny bandytyzm Komisji Majątkowej, ale ten dogmat panował jak Polska długa i szeroka – także w Biurze GIODO. Nic dziwnego, że nie udało się go od razu wygonić, kiedy w sierpniu 2010 roku urząd objął dr Wojciech Wiewiórowski. Wymyślił „z prawniczym przekonaniem„, że musi umyć ręce, bo nic nie może, ale „nie miał pretensji” o to, że grupa pionierów państwa prawa walczy z nim o wydanie decyzji (sic!). Inaczej mówiąc – obywatele wezmą swojego biednego ministra pod ręce jak Juranda ze Spychowa i zaprowadzą do „kognicji” żeby im wydał „merytoryczne decyzje administracyjne„, bo on nie tylko nie może „domniemywać uprawnień„, ale nie może nawet domniemywać dlaczego musi umarzać. Praktyka była jeszcze dużo gorsza niż ta teoria. W styczniu 2014 roku udało się wywalczyć tyle, że GIODO do upragnionej „kognicji” prowadzą pod rękę proboszczowie. Worek kamieni jest ten sam tylko na innych plecach. Skoro wszyscy zostali sprawiedliwie poniżeni i upokorzeni sprawę można rozpatrzyć.

Cierpi na tym już tylko autorytet państwa. I wszystko wskazuje na to, że Naczelny Sąd Administracyjny, który stał się jedynym motorem postępu, ma tego świadomość. Moje wystąpienie 5 listopada i złożone dokumenty doprowadziły do wyznaczenia kolejnej serii rozpraw czyli „maratonu sądowego” 9 lutego od godziny 09:00. Tym razem sąd wie, że nic nie jest załatwione, wie dlaczego i wie jak wyjść z tego błędnego koła. Przygotowany jest więc grunt pod kolejny przełom – dużo większy niż pierwszy w październiku 2013 roku. Czeka na niego już nawet WSA w Warszawie. Cała zbudowana na piasku „obecna interpretacja cyfry 3” może się rozpaść jak domek z kart. Wspólnie z Polskim Stowarzyszeniem Racjonalistów zamierzamy zerwać do końca zasłonę kłamstw, bo tylko ona umożliwiła tę wieloletnią farsę na której wszyscy stracili. Nie dla GIODO – aby odzyskać prawa obywatelskie oczywiste wszędzie poza Polską. Zapraszamy Przyjaciół i Czytelników na ukoronowanie naszej sześcioletniej walki.

rozpiska spraw w NSA

–> ściągawka z linkami do wyroków <–

PS: „NSA rozpatrzy jutro kilka spraw przeciwko proboszczom„, Lex.pl

Jak nie dekretem KEP to… aneksem do Konkordatu

nowa wersja starej wersjiWygląda na to, że w walce o niepodleganie Ustawie o ochronie danych osobowych strona kościelna wycofała się na kolejną z góry upatrzoną linię obrony. Dotychczas biskupi czekali na zatwierdzenie przez Watykan projektu „Dekretu ogólnego Konferencji Episkopatu Polski w sprawie wystąpień z Kościoła oraz powrotu do wspólnoty Kościoła„. Pragnęli go jak kania dżdżu ponieważ tylko tzw. recognitio Watykanu pozwala ogłosić dekret kościelny obowiązującym we wszystkich polskich diecezjach. A dekretu potrzebowali na gwałt jako naprawienia kompromitującej „instrukcji Michalika” żeby utrzymać mit, że trzeba „wystąpić z Kościoła zgodnie z prawem kanonicznym„. A więc od 2012 roku czekali… i czekali… i czekali… i nie mogli się doczekać. A nie mogli już choćby dlatego, że sam Benedykt XVI po cichu wycofał się z nieudanego okólnika kardynała Herranza z 2006 roku i skreślił w „Omnium in mentem” z Kodeksu Prawa Kanonicznego zwroty, które ten rzekomo objaśnił. Po trzech latach takiego czekania napisałem, że to czekanie na Godota. Po tym jak wstydu najadł się ksiądz prałat Henryk Bartuszek desperackie bronienie przez proboszczów nieistniejącego dekretu skończyło się jak ręką odjął. Stało się jasne, że ten projekt był jedną z największych porażek Konferencji Episkopatu Polski. Całość skończyła się wizerunkową katastrofą.

Najwyraźniej czarna polewka od Watykanu nie znaczy jeszcze, że coś jest nie tak. Biskupi uznali, że mają w rękawie jeszcze jedną kartę – aneks do Konkordatu, uzgodniony między Stolicą Apostolską a Ministerstwem Spraw Zagranicznych. To znamienne, że został ostatnią deską ratunku dopiero po upadku koncepcji „wewnętrznego” dekretu KEPu. Dopiero wówczas zwyciężyło myślenie, że trzeba przejść od „spraw wewnętrznych” do „spraw zewnętrznych”. Tymczasem to jedynie udoskonalenie pierwotnego planu żeby w ogóle miał ręce i nogi. Dekret ogólny KEP byłby aktualny, obowiązujący we wszystkich diecezjach, niewątpliwie prawidłowo przyjęty i stałby za nim Watykan czyli rozwiązywałby problemy, które Kościół ma z własną doktryną. Tylko nie rozwiązywałby podstawowego – byłby „wewnętrzną sprawą Kościoła” bez znaczenia dla prawa powszechnego, a temu Naczelny Sąd Administracyjny powiedział „nie” w październiku 2013 roku. Transfer do polskiego prawa umożliwia jedynie artykuł 27 Konkordatu przewidujący tworzenie aneksów. Mówiąc wprost – aneks do Konkordatu jest jedyną możliwością żeby nadal nic się nie zmieniło. Rząd, który zamienia zegar na krzyż jest dla Watykanu idealnym partnerem. I oto na scenę wkracza… zgadliście Państwo – aneks do Konkordatu!

Sprawa – jeszcze nieśmiało – zaczęła się w styczniu 2014 po rozpoczęciu wydawania przez GIODO substytutów decyzji w sprawie „wystąpienia po włosku”:

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej wskazuje na zasady poszanowania autonomii między państwem a Kościołem i ich wzajemnej niezależności. Podobnie normy znajdujemy w konkordacie podpisanym z 1993 roku. Art. 27 konkordatu wskazuje na możliwość rozwiązania innych, nieuregulowanych tym dokumentem spraw, ale na drodze umów pomiędzy stronami. – W omawianym tutaj zagadnieniu taka umowa do tej pory nie powstała – podkreśla [ekspert prawa kanonicznego ks. prof. UKSW dr hab. Marek Saj].

Kawę na ławę wyłożono w półoficjalnym stanowisku KEP z 15 stycznia 2014:

Jako że Konkordat między Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską został podpisany 28 lipca 1993, czyli cztery lata wcześniej niż Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 „o ochronie danych osobowych”, dlatego w Konkordacie nie mogły zostały zostać zawarte żadne szczegółowe regulacje dotyczące tej kwestii. Zresztą, art. 27 Konkordatu precyzuje, że sprawy wymagające nowych lub dodatkowych rozwiązań będą regulowane na drodze nowych umów między Układającymi się Stronami albo uzgodnień między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej i Konferencją Episkopatu Polski upoważnioną do tego przez Stolicę Apostolską. Gdyby więc Ustawa o ochronie danych osobowych miała zacząć dotyczyć także Ksiąg Chrztu, czyli istniejących od setek lat rejestrów ochrzczonych, sporządzanych od czasu powstania ksiąg Stanu Cywilnego tylko i wyłącznie do użytku wewnętrznego Kościoła i mającym charakter poufny, musiałoby to być przedmiotem negocjacji strony Rządowej z Konferencją Episkopatu Polski. Nie ma żadnych dowodów świadczących o tym, że takie rozmowy kiedykolwiek miały miejsce i że jakiekolwiek inne niż dotychczas regulacje tej kwestii zostały przyjęte. Z tego powodu należy uznać, że zgodnie z Artykułem 4 Ustawy o ochronie danych osobowych, archiwa kościelne nie podlegają jej przepisom.

Zamień zegar na krzyż a sędziowie zdewociałego WSA w Warszawie wsadzą to do wyroku:

(…) zgodnie z art. 4 ustawy o ochronie danych osobowych, przepisów tego aktu prawnego nie stosuje się, jeżeli umowa międzynarodowa, której stroną jest Rzeczpospolita Polska, stanowi inaczej. Choć w umowie międzynarodowej zawartej między Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską nie ma wprost zapisu o wyłączeniu stosowania jej przepisów w zakresie przetwarzania danych osobowych członków Kościoła Katolickiego (zapisu takiego zresztą być nie mogło, albowiem u.o.d.o. stanowi akt prawny uchwalony 29 sierpnia 1997 r.), nie budzi w ocenie Sądu wątpliwości – wobec treści powołanych przepisów umowy międzynarodowej – że art. 4 u.o.d.o. wyłącza możliwość nakazania przez organ władzy państwowej, tj. GIODO – w stanie faktycznym tej sprawy – wprowadzenia określonej (wskazanej przez ten organ) treści zapisów w księdze chrztu.

Oni nawet nie są prokościelni – oni po prostu wsadzają do wyroków „w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” to co im podeśle główny adwokat parafii dr Krzysztof Wąsowski. W ten sposób sąd mówi księdzem Wołoszczukiem a dr Wąsowski robi za pośrednika. Wszystko porządnie i zgodnie z prawem jak w Komisji Majątkowej. Sędziowie uciekli od istniejącego „i 3” w art. 43 do nieistniejącego artykułu Konkordatu i zatrzymali się w pół kroku przed napisaniem wprost, że ów nieistniejący artykuł Konkordatu mówi, że GIODO ma się odczepić od proboszczów we wszystkich sprawach, ale dostatecznie jasno wynika to z całości. Inaczej mówiąc – Wysokiemu Sądowi wyszło z nieistniejącego artykułu Konkordatu, że Kościół może podlegać ustawie jeśli sam się na to zgodzi. Skutki karmienia krokodyla przez kilkanaście lat w pełnej krasie…

Żeby WSA w Warszawie zaczął mówić księdzem Wołoszczukiem dr Wąsowski wytrwale zarzucał GIODO „niezastosowanie” art. 27 Konkordatu.o aneksie do Konkordatu w styczniu 2014Nie bardzo wiadomo jak miałoby wyglądać „zastosowanie” art. 27 Konkordatu przez GIODO – chyba ofuknięciem papieża przez telefon, że jeszcze nie ma aneksu. Tym sąd się jednak nie zajmował. Nieważne jak GIODO ma „zastosować” art. 27 Konkordatu – ważne, że nie zastosował a dzięki temu „proboszczowie wygrywają w sądach„, mówiąc „Rzeczpospolitą”.

Czy ta kolejna groteska to ostatni szaniec zdemoralizowanego „Kościoła Polskiego” i co z tym zrobi Naczelny Sąd Administracyjny – dowiemy się już wkrótce. Mamy zamiar pokonać tę epidemię i objąć Wysoki Sąd kwarantanną. O tym za kilka dni na Wystap.pl.

Sprawozdanie GIODO za 2014 rok

Pojawiło się doroczne sprawozdanie GIODO z działalności w 2014 roku. Jednocześnie pierwsze, które w Sejmie przedstawiać będzie pani minister Edyta Bielak-Jomaa. Jej poprzednicy mówili do prawie pustej sali (patrz: „GIODO w Sejmie o naszych sprawach„, 10 stycznia 2014). Niewykluczone, że tym razem – zwłaszcza w sprawach „okołokonkordatowych” – zainteresowanie posłów będzie większe. Na posłankę Krystynę Pawłowicz zawsze można liczyć, zwłaszcza jeśli nie wie o czym mówi (patrz tu i tu).

Temat „kościelny” w sprawozdaniu występuje trzykrotnie – przy opisie batalii o „kognicję GIODO” (strony 93-95), przypadków ujawniania przez duchownych danych parafian oraz przy wzmiance o konferencji na Uniwersytecie Łódzkim (s. 270).

Biuro GIODO z godnym podziwu uporem wrzuca skargi na kościoły do ostatniego 15-go worka z napisem „Inne” mimo, że było ich więcej niż w większości kategorii wymienionych osobno (np. zatrudnienie – 62, oświata i szkolnictwo wyższe – 51, służba zdrowia – 47 a organizacje społeczne – zaledwie 29). Nie tylko traktuje to tę kategorię po macoszemu, ale także ukrywa przed Sejmem (i opinią publiczną) tendencje ilościowe, bo oficjalnie nie wiadomo co jest w środku. Nieoficjalnie zaś wiadomo, że jest wyraźnie rosnąca, bo „ludzie przestają się bać Kościoła„, jak powiedziała osoba znająca temat. Co koresponduje ze wzrostem aż o 100 spraw „innych” w stosunku do roku 2013.

znowu mają pod górkę

Opis batalii „o kognicję” kończy się informacją o sprawie w Naczelnym Sądzie Administracyjnym w której uczestniczy Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów. Za sukces trzeba natomiast uznać znormalnienie sytuacji wokół przypadków ujawniania ofiarodawców parafii i innych tego typu incydentów. Takich wyskoków nie bronią już nawet kurie diecezjalne i sami księża się z nich wycofywali (patrz także „Stop ujawnianiu ofiarodawców„). Do zakończenia „wojny o normalność” brakuje jeszcze tylko ostatecznego obalenia kretyńskiego „i 3”, którym usiłowano w 1997 roku wyłączyć Kościół spod ustawy, wyrządzając mu i GIODO niedźwiedzią przysługę.

strona 242

–> sprawozdanie GIODO za 2014 rok <–

Kościelna uczelnia prowadzi wykłady z nieistniejącego dekretu KEP

Wydawało się, że niesławnej pamięci i nieznany poza Polską „sakrament apostazji” dawno podzielił los maszyny do pisania i Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. Tym bardziej, że sam jego faktyczny twórca abp Andrzej Dzięga 17 grudnia 2014 roku na tajnym konwentyklu zwanym Komisją Wspólną Rządu i Episkopatu dał do zrozumienia, że już tego nie broni a nowa szefowa Biura GIODO zaczęła – zgodnie z prawdą – pisać, że Kościół nie uznaje formalnego wystąpienia. Okazuje się jednak, że jest takie miejsce w którym przetrwało wszystko to co zostało sparodiowane już w kwietniu 2011 roku. Jest to Wydział Prawa Kanonicznego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. A ściślej wykłady jego profesora, ks. dr hab. Marka Saja „wystąpienie z Kościoła formalnym aktem„.

–> o wykładach na stronie UKSW <–

Po wykładach powinno się nabyć trzy „wiedze” i trzy „umiejętności”:

1) student zna podstawową terminologię z zakresu tematu formalnego wystąpienia z Kościoła.
2) student posiada uporządkowaną znajomość podstawowych zagadnień z zakresu tematu formalnego wystąpienia z Kościoła.
3) student posiada wiedzę pozwalająca mu na scharakteryzowanie poszczególnych etapów postępowania przy formalnym wystąpieniu z Kościoła.
4) student potrafi interpretować normy prawne dotyczące formalnego wystąpienia z Kościoła.
5) student potrafi znaleźć i właściwie wykorzystać bibliografię na temat formalnego wystąpienia z Kościoła.
6) student potrafi sformułować, pisemnie i ustnie, zagadnienia prawne z zakresu tematu formalnego wystąpienia z Kościoła.

Dowcipni mówią, że to ja powinienem je prowadzić. Częściowo słusznie a częściowo niesłusznie. Niesłusznie o tyle, że są to wykłady o niczym, bo Watykan odrzucił projekt dekretu Konferencji Episkopatu Polski w tej sprawie. Co kończy rozmowę na każdej kościelnej uczelni. Ksiądz profesor Saj uczy wciskać kit na podstawie niczego. Rzuca to jednak pewne światło na jego wypowiedź ze stycznia 2014 roku w której krytykował pierwszy przełom ze strony GIODO. Nie chce stracić godzin, po prostu. Do tego dba o swoich studentów, bo za zaliczenie „z apostazji” mają 2 punkty w Europejskim Systemie Transferu Punktów. Taka ciekawostka.

A potem tacy studenci kończą studia i zostają… na przykład Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych.

Walka z „i 3”: zwycięstwo jest bliskie

Maciek z Dominika obrDzisiaj w Naczelnym Sądzie Administracyjnym rozpatrywano pierwszą zagmatwaną skargę kasacyjną GIODO w sprawie dotyczącej parafii katolickiej (patrz: GIODO ukręcił bicz na własne plecy, 23 sierpnia 2014). Urząd nie może się zdecydować czy chce „mieć kognicję” (czyli uprawnienia do wydania jakiejkolwiek decyzji) w tego typu sprawach czy nie za bardzo. O ile w samej skardze kasacyjnej zawarto sformułowania, które nieśmiało zmierzają w dobrym kierunku to radcy prawni GIODO zrobili krok wstecz i jasno powiedzieli, że nie wyjdą poza to co rozstrzygnięto już dwa lata temu. Ten taniec na linie trwa od ponad pięciu lat i mógłby trwać drugie tyle gdyby nie moje dzisiejsze wystąpienie w imieniu Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów.

Sąd dopuścił PSR do udziału w postępowaniu sądowym jako organizację społeczną mogącą pomóc wyjść z tego labiryntu. Był to już sukces sam w sobie i symboliczne odejście od polityki traktowania skarżących jak wrogów. Najważniejsze było jednak samo wystąpienie a ściślej jego peunta – przedstawiłem istotne i dotychczas nieznane dowody na to, że dzielenie Polaków według wyznania – rzekomo oparte na „przepisie ustawy” czyli osławionym „i 3” – jest funta kłaków warte. Ustawodawcom chodziło o wyłączenie kościołów spod ustawy bez pisania tego wprost – co w końcu przyznał sam dr Wiewiórowski – i to należało „obalić” a nie wymyślać groteskową interpretację, która i tak nie wypaliła, bo Kościół ją odrzucił. Wniosłem więc o rozpatrzenie prawdziwego znaczenia „i 3” przez całą Izbę Ogólnoadministracyjną NSA – około 30 sędziów przy udziale Prokuratora Generalnego (błędnie podane przez PAP jako wniosek o uchwałę 7 sędziów). Sąd nie był tym zachwycony, bo wywróciło mu to do góry nogami 13 dotychczasowych wyroków. Stanął jednak na wysokości zadania – odroczył rozprawę by zapoznać się z przedstawionymi dowodami. Następna – już przełomowa – rozprawa za około trzy miesiące. W ten sposób po dokładnie pięciu i pół roku nieustannej walki udało mi się postawić sąd przed wyborem – ośmieszyć się kompletnie (odebraniem skarżącym furtki, którą im otworzono) i napisać, że GIODO nic nie może z powodu „i 3” albo trochę mniej (przyznaniem się do klęski) i przekazać je Prezesowi NSA. Wybór iście hamletyczny, aczkolwiek na własną prośbę. Tak czy owak – „stara interpretacja cyfry 3” z 2013 roku ostatecznie odeszła do lamusa. Już jej nie ma, bo sądy nie mogą zmieniać znaczenia ustawy.

patrz także:

Onet.pl, Rzeczpospolita, Lex.pl, Gość Niedzielny, Racjonalista TV, Gazeta Wyborcza

GIODO poniewczasie odkrył prawdziwą doktrynę KK

nawet po czterech latach ;-)

W 2011 roku stało się jasne, że GIODO dr Wojciech Wiewiórowski chce batalię o „wystąpienie po włosku” sprowadzić do teologii dogmatycznej a potem umyć ręce, bo nie może się nią zajmować. W szczególności chodziło o forsowany do upadłego mit, że trzeba „wystąpić z Kościoła zgodnie z prawem kanonicznym„. Zbiorowym wysiłkiem zebraliśmy okruchy na ten temat rozproszone po całej Europie i okazało się, że nie można z niego wystąpić i kropka, bo sam to odrzucił przy tworzeniu obecnego Kodeksu Prawa Kanonicznego. Jest to zawarte w kanonie 11 czyli w prawie kanonicznym, które stało się fetyszem dla polskich urzędników i sędziów. We wrześniu przyznał to abp Hoser a w grudniu 2011 roku śp. Bolesław Michalski powiedział o tym w TVN24, po czym potwierdzili to czołowi polscy kanoniści księża Piotr Majer i Dariusz Walencik. Oczywiście ministrowi Wiewiórowskiemu nie o to chodziło żeby się nie dało wystąpić tylko żeby się dało, bo tylko wtedy cały misterny plan mógł zadziałać więc musiał to jakoś zdezawuować. Wymyślił więc racjonalizację, że prawo kanoniczne jest „ontologiczne”, ale z Kościoła można wystąpić „instrukcją Michalika”. Brnął w tę żenadę tak długo aż całe Biuro GIODO zaczęło tym womitować. Gdyby więcej pomyślał nie doszłoby do kompromitującego urząd i Episkopat Polski roztrząsania ważności „instrukcji KEPu”, wyciągania od biskupów nieistniejących dekretów, zmuszenia kardynała Dziwisza do jej przyjęcia tylko po to żeby zignorować wydębiony dekret i mnóstwa innych problemów, które wyhodowali na własne życzenie i do dzisiaj bohatersko rozwiązują. Po ostatecznym upadku „projektu dekretu ogólnego KEP o apostazji„, którego Watykan przezornie nie zatwierdził temat przebrzmiał, ale nadal odbija się czkawką w zdewociałym Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie. Zaledwie miesiąc temu tamtejsi sędziowie powtórzyli swoją złotą myśl w kolejnej sprawie:

W rozpoznawanej sprawie Generalny Inspektor Danych Osobowych rozstrzygnął w istocie w sprawie, która powinna zostać rozpatrzona zgodnie z kodeksem prawa kanonicznego.
W efekcie, skarga inicjująca niniejsze postępowanie przed Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych, wywołała ten skutek, iż bez wyczerpania postępowania w przedmiocie aktu apostazji, zgodnie z zasadami wewnętrznymi Kościoła katolickiego (kan. 751 KPK), skarżący M. A. niejako obszedł przepisy wewnętrzne tego związku wyznaniowego, nadużywając ochrony z ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2014 r., poz. 1182 ze zm.), by poprzez decyzję Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych uzyskać skutek wystąpienia z Kościoła.

Skoro odwaga staniała a sędziowie nadal plotą androny nowa szefowa Biura GIODO skorzystała z naszego prezentu sprzed czterech lat i zaczęła pisać co mówi pozornie hołubione a w rzeczywistości instrumentalnie wykorzystywane do polityki prawo kanoniczne. Tym samym ona wobec WSA znalazła się w takiej sytuacji w jakiej skarżący byli wobec jej poprzednika. :-)

pani minister robi rewolucjęW efekcie zamiast zdemaskować ten humbug kiedy mogło to coś zmienić jest to już tylko sygnał dla nadgorliwców, że teraz to oni są problemem a nie rozwiązaniem, bo nawet sprawca tego dramatu abp Andrzej Dzięga chce to inaczej poukładać. Mówi się „lepiej późno niż wcale”, ale także „musztarda po obiedzie”. Pani minister najwyraźniej stoi przed pytaniem, które przysłowie lepiej tu pasuje. Aczkolwiek to miłe, że historia przyznała nam rację.

Zapiski katolickiego ateisty

Ironia na niedzielę

autor: Ryszard Bałczyński

Urodziłem się jako ateista. Jednak jak większość Polaków zostałem w niemowlęctwie ochrzczony, co uczyniło ze mnie subditus Ecclesiae – poddanego Kościoła, po naszemu. I to do mojego końca albowiem semel catholicus, semper catholicus – kto raz został katolikiem będzie nim zawsze. Taka jest wciąż obowiązująca doktryna Kościoła bardzo jasno wyłożona na Soborze Trydenckim.

Jako ów subditus byłem we wczesnym dzieciństwie indoktrynowany religijnie w sposób typowy dla lat 60. i 70. zeszłego stulecia. Od czasów późnej podstawówki (w czasach późnego Gierka) te resztki inteligencji, które mi pozostały, nie pozwalały mi na bezkrytyczne przyjmowanie prawd wiary na wiarę. Stałem się indyferentny religijnie wewnątrz i konformistyczny na zewnątrz, żyjąc w środowisku wierzących. Bierzmowanie i ślub kościelny zaliczyłem dla świętego spokoju, bez wymaganej dawki wiary. Nikt się tym nie przejął, a już najmniej Bóg.

Po kilku latach rozpadło się moje małżeństwo uświęcone przez samego Boga. A było to już po urodzeniu się syna mojego, jednorodzonego. Zaobserwowałem wówczas, jak podli potrafią być niektórzy wyznawcy Boga Miłosiernego, jak bezwstydnie i bez najmniejszych wyrzutów sumienia potrafią żywić nienawiść do bliźniego swego i gnębić go bezbożnie, wbrew etyce swojej. To mnie zastanowiło i skłoniło do pierwszych, nieśmiałych prób samodzielnego używania rozumu.

Po kilku latach coraz śmielszego używania rozumu, zostałem ateistą pełną gębą. I to stworzyło problem. Ponieważ, żeby być w zgodzie ze sobą i rozumem, powinienem wypisać się z Kościoła. To zaś okazało się niemożliwe. Najlepsze co można w tej sprawie osiągnąć to „apostazja KEP-owska” czyli ekskomunika na własne życzenie, nie zwalniająca wszelako od podlegania prawu kanonicznemu (nikt nie wygrał 1000 euro obiecanego przez Wystap.pl za kościelne potwierdzenie, że się wystąpiło). Mówiąc w skrócie – teatrzyk udający wystąpienie po którym nadal się jest katolikiem. Żeby się „skutecznie kanonicznie” ekskomunikować trzeba się upokarzać w obecności dwóch świadków przed wszechwładnym i nierzadko złośliwym proboszczem (dla którego to też żadna przyjemność). Kościół po prostu nie przewiduje wystąpienia w normalnym znaczeniu i surowo ukarał pierwszego kanonistę, który nad tym myślał. Przez to długi czas zwlekałem z apostazją.

Przed ok. trzema laty dowiedziałem się, że Włosi występują z Kościoła „po włosku” – nie jako „fakt” mocniejszy od przeciwnego „faktu” prześwietnej kurii tylko jako wewnętrzne przekonanie człowieka, że nie jest katolikiem. Sprawy kościelne omija to więc szerokim łukiem. W Polsce z reguły skutkowało to ugrzęźnięciem w wieloletniej wędrówce po sądach, bo „postkomunistom” nie może być za łatwo – nawet tym urodzonym w III RP. 😉 Poza tym, podobnie jak w przypadku apostazji, wymagane jest świadectwo chrztu. Właściwa do tego parafia jest jednocześnie miejscem zamieszkania mojej leciwej i bardzo bogobojnej Mamuśki (przez wielką literę czczę Matkę moją). Mam właściwie pewność, że Matka moja padnie ofiarą mobbingu religijnego ze strony sprzedawców polis na życie wieczne. Mamuśka moja całym sercem jest związana z Kościołem, jest on dla niej jak woda dla ryby. Obawiam się, że bez tej święconej wody może nie pożyć długo.

Mam więc dylemat moralny. Brak wystąpienia z Kościoła uwiera duszę moją gdyż czuję się trochę jak niewolnik w kajdanach. Z drugiej strony, akt wystąpienia spowoduje cierpienie mojej Rodzicielki. Co robić? Mówiąc klasykiem – jak żyć?

Jako człowiek moralny moralnością naturalną i ewolucyjnie-kulturowo daną, nieświętoszkowatą i humanistyczną, postanowiłem nie występować. Dobro drugiego człowieka, zwłaszcza Rodzicielki jest ważniejsze od mojego egoistycznego dobra. Ponadto, wypadałoby też odkręcić ślub kościelny czyli fałszywie uznać, że małżeństwa nie było. Do tego sprowadza się tzw. rozwód kościelny czyli unieważnienie małżeństwa. Wystąpienie bez wystąpienia i rozwód bez rozwodu to dwie perełki katolickiej nauki społecznej. O nie, nie dam świętoszkom takiej satysfakcji.

Odkryłem wszelako, że rola katolickiego ateisty daje niespodziewane korzyści. Po pierwsze ukazuje absurd nieuznawania wystąpienia w dzisiejszym świecie. Każe postawić pytanie – co właściwie znaczy być katolikiem? Czy naprawdę zrytualizowane ochrzczenie niemowlęcia wystarczy? Już sprawa Edgardo Mortara czyli porwania przez Kościół dziecka żydowskiej rodzinie, bo w tajemnicy ochrzciła je niańka – która wstrząsnęła Europą w 1858 roku – pokazała do czego to prowadzi. Twierdzenie Kościoła (nawet jeśli półgębkiem), że nie można z niego formalnie wystąpić w 21 wieku stawia go po złej stronie historii – niebezpiecznie blisko prześladowań za porzucenie islamu, które przecież słusznie potępiają. Sami duchowni zaczynają dostrzegać tę dwuznaczność.

Po drugie, jako katolik mam prawo do krytyki. Wprawdzie w ograniczonym zakresie i z zastrzeżeniami, ale przyznaje to nawet Kodeks Prawa Kanonicznego. Nie jestem więc bezbożnikiem z zewnątrz, atakującym Świętą Matkę Kościół za poduszczeniem szatańskim. Jestem wiernym świeckim, który ma prawo wypominać zgorszenie i postulować reformy.

Postanowiłem więc z wystąpieniem zaczekać do kolejnego soboru, bo tylko on może coś z tym fantem zrobić. Jest szansa, że uwolni polskich biskupów od konieczności pisania lawiranckich listów do GIODO i tworzenia łamańców językowych w stylu „Zasady postępowania w sprawie apostazji dokonanej poprzez formalny akt wystąpienia z Kościoła„.

Na marginesie, nawet wystąpienie z KK „po włosku” nie zmieni jego propagandy gdyż zwykł on chytrze podawać do GUSu liczbę ochrzczonych jako wiernych. A ta się nie zmieni nawet gdyby nagle pół Polski „wystąpiło po włosku”.

To pisałem ja – katolicki ateista, przedstawiciel większości wśród ochrzczonych Polaków.

Kościół przegrywa wojnę o niepodleganie Ustawie o ochronie danych osobowych

tyle będziecie mieli

W styczniu 2014 roku GIODO przyjął kunktatorską interpretację swoich uprawnień wobec kościołów. Oparł się na jedynym możliwym wyjaśnieniu jak rozpoznać „fakt wystąpienia z Kościoła„, który cichaczem przemycono do instrukcji Serzycki-Budzik z 2009 roku w zdaniu „fakt wystąpienia z Kościoła jest odnotowywany w księdze chrztów„. Bez określenia „kiedy fakt jest faktem” było to oczywiste dla wszystkich niedomówienie, że fakty są faktami kiedy je uzna „prześwietna kuria”. Jeszcze przed jej powstaniem „Głos Nauczycielski” przestrzegał, że „opinia GIODO nie zawiera odpowiedzi na pytania jak odróżnić ucznia-niekatolika od ucznia-katolika niechodzącego jednak na religię, ani co decyduje o tym, że kogoś uważa się lub nie za członka danego kościoła lub nie„. Potraktowano to jak typowe szczekanie kundelków. Dopiero złapanie urzędu za słowo doprowadziło do ujawnienia tej manipulacji – minister Wojciech Wiewiórowski został zmuszony samodzielnie bronić „instrukcji Michalika” a jednocześnie w Sejmie przed „ustaleniem faktu” bronił się nawet… Traktatem Lizbońskim (!!). W rezultacie wydał sobie wojnę na śmierć i życie, którą prawie wygrał. Styczniowy przełom ostatecznie pokonał tę podwórkową dyplomację Biura GIODO i zwolnił kurie z ustalania faktów, co odsłoniło wewnętrzną matrioszkę czyli równie podstępne wyłączenie kościołów spod ustawy o ochronie danych osobowych przez „i 3” w jej artykule 43 ust. 2. Odrzucenie państwa jawnie wyznaniowego trochę skruszyło ten skansen, ale głównie metodą wyprowadzenia kozy z domu – teraz jest już tylko tragedia.

bonus: prof. Michał Pietrzak miażdży pozoranctwo Biura GIODO w 2009 roku

W ciągu tego półtora roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przemielił nową grupę skarżących. Tym razem – uznanych przez GIODO za uprawnionych do jego „merytorycznej decyzji administracyjnej” dzięki „nienależeniu do Kościoła Katolickiego”. Zgodnie z obietnicą poniżej lista tych wyroków z linkami – a raczej wynik klasówki dla tamtejszych sędziów. Tylko okupiony ciężką walką wyrok numer 4 można w ogóle skrytykować. Sędziowie uciekli w nim w udawanie, że nie rozumieją wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2013 roku (które są bardzo proste). I skoro oni nie rozumieją to badanie przedwstępnej w sprawie „kognicji GIODO” byłoby przedwczesne. Wszyscy pozostali zrozumieli tylko oni nie zrozumieli. Zanegowali więc linię orzeczniczą nie robiąc tego wprost tylko udając idiotów. Więcej nawet – obarczając GIODO konsekwencjami swojego nierozgarnięcia, bo miał napisać to samo tylko tak prosto żeby nawet pan sędzia Andrzej Góraj zrozumiał. Co pozwoliło urzędowi wyjść z tego obronną ręką, ubierając to samo w prawnicze formułki. I to jest wariant optymistyczny – szczyt dobrej woli! Standardowo bowiem sędzia sprawozdawca pieprzy w ogóle nie wiadomo czemu takie bzdury o prawie kanonicznym z jakiegoś katolickiego WUML-a, że pozostała dwójka po prostu się wstydzi i przewraca oczami, ale zdania odrębnego i tak żaden nie napisał – a zawsze mogą i o tym wiedzą, bo ci sami sędziowie piszą je w innych sprawach – więc się pod tym wszyscy podpisują – w przenośni i dosłownie. Lista zarzutów Kościoła wobec GIODO za stosowanie „i 3”, którego sami bronili zanim wymknęło się spod kontroli jest imponująca – naruszenie dwóch artykułów Konstytucji, trzech artykułów Konkordatu, pięciu artykułów ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania i na dokładkę jednego z ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w RP. I to wszystko nie licząc pięciu z Kodeksu postępowania administracyjnego dotyczących samego działania urzędu. Co jest posłusznie przyklepywane. Inaczej mówiąc – sędziowie WSA w Warszawie wypluwają z siebie propagandową sieczkę, którą adwokaci Kościoła faszerują ich jak gęsi. Czego efektem jest…

prawno-religijna papka polskiego sądu

czyli w nowomowie „proboszczowie wygrywają w sądach

1. II SA/Wa 389/14 z 21 sierpnia 2014 (omówienie tutaj)

2. II SA/Wa 727/14 z 19 listopada 2014 (omówienie tutaj)

3. II SA/Wa 791/14 z 14 stycznia 2015

4. II SA/Wa 1242/14 z 16.02.2015 (perełka – przedwczesny etap przedwstępny)

5. II SA/Wa 1865/14 z 21 kwietnia 2015

6. II SA/Wa 847/14 z 22 kwietnia 2015

7. II SA/Wa 1604/14 z 29 kwietnia 2015

8. II SA/Wa 2095/14 z 9 lipca 2015

konsekwencja – sąd nie uważa dyskryminacji katolików za rażące naruszenie prawa

WSA jeśli będzie mógł przyzna proboszczom rację nawet jeśli nie kiwną palcem (co pokazał wyrok numer 5). W tej sprawie sędziowie przepisali do wyroku prawie całą skargę parafii włącznie z „AAS 75:1983, pars II, ze zm.” nie mając pojęcia co to znaczy i oparli się na kanonie 751 Kodeksu Prawa Kanonicznego nie mając pojęcia co zawiera, bo napisali o nim same bzdury więc „wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej” nie tylko był nie na temat, ale już będąc nie na temat on nawet nie był na poziomie kleryka. Przepisaliby do wyroku nawet chińskie krzaczki gdyby je dostali. Szczegółowo opisanych i uzasadnionych zarzutów skarżącego w ogóle nie rozpatrzono – został wykorzystany jako lewar do wydania kolejnego bełkotliwego wyroku czyli dostał wyrok nie w swojej sprawie. „Rzeczpospolita” nie omieszkała po nim uspokoić swoich czytelników, że atak GIODO na Konkordat został odparty. Sąd tak się pogubił, że nie wie nawet co wynika z tego co sam pisze. Jedyny sensowny fragment powyższych wyroków brzmi:

Oczywiście organ państwowy, jakim jest Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych nie jest uprawniony do oceny czy dana osoba jest czy też nie jest członkiem danego związku religijnego, czy też nie wyznaje żadnej religii (ateizm). Nie jest do tego uprawniony żaden organ administracyjny ani żaden sąd w Polsce.

To jest dokładnie to co wykazywał skarżący – czyli wygrał! Konsekwencją tego jest obalenie „i 3” skoro to na nim opiera się ten podział. To by jednak było za proste – sąd uznał, że w takim razie… wygrał proboszcz!!! Rezultatem tego upadku było uznanie 19 czerwca, że decyzje GIODO – sprowadzające się do uznania ustawowej dyskryminacji katolików – nie stanowią rażącego naruszenia prawa. A nie stanowią, bo to zarzut prawnie i politycznie niewygodny więc sąd to olewa i zatwierdza koszałki-opałki do obrony państwa wyznaniowego. Grunt to mieć SWÓJ zarzut, nieważne jaki. 😀 Skargi proboszczów nie są więc po to żeby sąd do czegoś przekonać (bo wszystko leci z gotowców od adwokatów, włącznie z odpowiedziami na pytania GIODO) tylko żeby umożliwić wyrok i to tylko jeśli nie da się pasożytować na skarżącym. Kolejne wystawienie tej darmowej operetki 2 września o godzinie 13:20 w sali Fzapraszamy warszawiaków i resztę ludzkości. Będzie podwójnie ciekawie, bo po pierwsze tym razem z kunktatorskimi decyzjami GIODO walczą i skarżący i proboszcz a po drugie to pierwsza „nasza” rozprawa po zmianie ustawy o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. Następna okazja dopiero 19 października. 😉

wyłączenia spod uoodoZaczęło biskupom iść dobrze, ale plany pokrzyżowało Biuro GIODO ponieważ taśmowo składa od tej prawno-religijnej papki skargi kasacyjne. Co prawda trzeba się mocno domyślać o co w nich chodzi, ale wystarczyły by „odzyskanie” sądu pierwszej instancji nie tylko niczego Kościołowi nie dało, ale przeciwnie – sprowadziło go do „Biura Przepustek do NSA” a niewiarygodny infantylizm tych wyroków gwarantuje efekt przeciwny od oczekiwanego. WSA wasze, NSA nasze – parafrazując klasyka. Na korzyść GIODO działa nowelizacja ustawy o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, która usunęła ograniczenie rozpatrywania przez NSA zarzutów naruszenia prawa przez WSA. Taki zarzut w skargach kasacyjnych jest, co w praktyce oznacza, że NSA powinien ocenić „i 3” a nie szalbierstwa skatoliczałych sędziów, które są co najwyżej żenujące. Dobrym znakiem jest też niepodpisanie porozumienia między GIODO a KEPem, które prawem kaduka wpłynęłoby na nadchodzące orzeczenia NSA. Jest szansa, że nie wpłynie, bo tego typu ustalenia muszą być z udziałem rządu. Teoretycznie do jego podpisania premier może upoważnić GIODO a papież – arcybiskupa Gądeckiego, ale poza rządem pani minister równie dobrze może podarować arcybiskupom Niderlandy. Arcybiskup Andrzej Dzięga może ze swojego trzeciego szeregu wysłać do NSA tzw. opinię prywatną (pierwszą jeszcze w 2011 roku napisal ks. dr hab. Dariusz Walencik – z ewidentnie drugiego szeregu), co nie oznacza jednak „wspólnego stanowiska„, które z głowy czyli z niczego palnął minister Andrzej Halicki. Swoją drogą jeśli wygraną mają w kieszeni jak początkowo twierdzili to w zupełności wystarczy. Szukanie jakiejś mediacji rządu po dwóch skrajnie prokościelnych wyrokach było przyznaniem się do świadomości, że więcej na nich tracą niż zyskują. Do tego adwokaci Kościoła już pokazali warsztat – dr Krzysztof Wąsowski zuchwale dodał 10 dni do daty odebrania decyzji przez pewnego proboszcza, bo spóźnił się z wysłaniem skargi (co mu nie pomogło) i tak manipulował cytatami żeby się nie dało odróżnić instrukcji abp Wiktora Skworca od cztery lata wcześniejszej ściągawki dla biskupów (zaiste trudna to sprawa w której trzeba mataczyć! :-) ) a dr Paweł Litwiński nie uzasadnił wniosku o wstrzymanie wykonania decyzji do wyroku WSA a teraz chce żeby NSA przymknął na to oko – co pięknie potwierdziło, że te wnioski to próba urobienia sędziów przed wyrokami. Z kolei Naczelny Sąd Administracyjny doszedł do ściany w stosowaniu „obecnej interpretacji cyfry 3” z 2013 roku. Sędziowie przyznali, że ustawowa dyskryminacja chrześcijan przez GIODO musiałaby być uzasadniona zgodnie z art. 31 ust. 3 Konstytucji, ale nawet nie próbowali tego zrobić – bo się nie da – więc ostatni wyrok udowodnił, że ten tramwaj dalej nie pojedzie. Za to bardzo sprytnie za Trybunałem Konstytucyjnym powiązali art. 25 i 53 Konstytucji, co ten trzykrotnie zrobił dla utrzymania (wszech)władzy kościołów (w sprawie Komisji Majątkowej, wliczania oceny z religii do średniej i uboju rytualnego). W ten sposób zneutralizowali główny zarzut strony kościelnej językiem prezesa Rzeplińskiego – wyczyn na miarę naprawy silnika przez rurę wydechową. Widać gołym okiem, że szykuje się dojście do „nowej interpretacji cyfry 3” czyli matrioszki wewnętrznej. Która taka całkiem nowa nie jest, bo pojawiła się w wyroku II SA/Wa 202/12 z 9 maja 2012 roku, po czym raptownie zniknęła. W lutym 2014 roku – po wydaniu pierwszych decyzji czyli przyznając, że są oszukańcze – minister Wiewiórowski wspomniał o tym jedyny raz dla Lex.pl:

GIODO – dr Wojciech Wiewiórowski – twierdzi, że przepisy prawa polskiego [chodzi o „i 3” – MP] wyłączają część uprawnień Inspektora w stosunku do kościołów i związków wyznaniowych, ale nie wyłączają ustawy. Teoretycznie kościoły podlegają przepisom ustawy o ochronie danych osobowych, natomiast część obowiązków kontrolnych jest wyłączona zgodnie z regulacją pochodzącą z 1997 roku. Jest to dziwna konstrukcja, istotnie nie spotykana w innych krajach europejskich – dodaje dr Wiewiórowski.

W takim razie miał niemalże obowiązek wystąpić o stwierdzenie niezgodności wyroków NSA z prawem europejskim – tak jak w podobnej sytuacji Prezes Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – ale nie zrobili tego do dzisiaj. W efekcie prawie oficjalnie przyznał się do machlojki a skargę kasacyjną i tak złożył, ale rozpaczliwą i rok później a kompromitacja urzędu i gehenna skarżących są jeszcze większe niż były. Chcą radykalnego wzmocnienia pozycji a wniosku naprawdę odzyskującego godność i prostującego ten mętlik nie napisali i nie chcą napisać. Przez co już wiadomo, że walka z „i 3” potrwa dłużej niż II wojna światowa. Samo to narusza prawa człowieka tyle, że ten aspekt nie jest nawet ciekawy, bo przewlekłość postępowań to problem strukturalny i niedawno ETPCz – mimo oporu rządu – objął 600 takich skarg programem pilotażowym. Wydobyć Polskę z tego prawnego i moralnego upadku – bo już tylko o to chodzi – może tylko uchwała około 30 sędziów przy udziale Prokuratora Generalnego. Krok w tym kierunku NSA może zrobić 5 listopada, rozpatrując pierwszą zagmatwaną kasację GIODOTym razem KEP – zostawiony przez Watykan (zatwierdzono tylko dokumenty dotyczące pedofilii), przy nowym Rzeczniku Praw Obywatelskich wybijającym się na niepodległość, nieuchronnym bankructwie polityki appeasementu a przede wszystkim – powszechnej świadomości, że dochodzimy do normalności, którą Michał Serzycki zastąpił proszeniem biskupa Stefana Cichego żeby coś zrobił, uczeniem kardynała Nycza prawa kanonicznego i wciskaniem biskupom soboru watykańskiego II – może ekskomunikować nawet księdza Bonieckiego, ale ostatecznie straci groteskowy „przepis ustawy” (patrz rysunek), zrównujący ponad 10 tys. parafii katolickich z ambasadami, dopisany na kolanie 19 czerwca 1997 roku do ograniczenia uprawnień GIODO wobec Urzędu Ochrony Państwa. Po czym zostawiony przy 22 nowelizacjach, bo dawał urzędnikom „dupochron”, że chcą, ale nie mogą, bo ich cyfra 3 wykastrowała – kosztem tego samego narastającego skundlenia państwa, którego zaszczutą ofiarą została AgataPolska przegrała przynajmniej pół tuzina spraw o naruszenie praw człowieka tylko z powodu piłatowego umywania rąk albo cwaniactwa władzy na poziomie „trzech kubeczków” żeby się nie narazić prawie schizmatyckiemu „Kościołowi Polskiemu”. Była to oczywiście identyfikacja jego zdobyczy a nie lista ofiar, bo tych są tysiące. W takich sprawach miarą praworządności jest możliwość walki latami do upadłego z własnym krajem, po czym jeszcze rząd wciska pieniądze za zamknięcie się czyli kupuje milczenie pod płaszczykiem ugody. Czas skończyć z ofiarami z ludzi, którzy nie mogą się bronić, na ołtarzu pseudoprawniczej dulszczyzny.

Specjalna dedykacja dla WSA w Warszawie!

Niemcy: wiernych ubywa, ale dochody rosną

kirchenaustritte-tebartz-elstKonferencja Biskupów Niemiec przedstawiła dane statystyczne za 2014 rok. W kraju liczącym 81,1 miliona mieszkańców jest dokładnie 23,939,472 katolików czyli 29,5%, minimalnie więcej niż protestantów. Zieje jednak przepaść między katolikami „na papierze” a chodzącymi na msze. Tych drugich – a raczej dopiero prawdziwych – jest zaledwie 2,6 miliona czyli 10,9% i jedynie 3,2% społeczeństwa. Dla porównania – w Polsce praktykuje ok. 40% „katolików zobowiązanych”. Coraz częściej ta rzesza 21 milionów martwych dusz odmawia płacenia podatku kościelnego w wysokości 8 lub 9% podatku dochodowego, na co jedyną szansą w myśl ponad 200-letniego prawa jest deklaracja wystąpienia z Kościoła. W 2013 roku złożyło ją 178,805 osób a w 2014 – aż 217,716 czyli 0,91%. W archidiecezjach Hamburga i Berlina był to już eksodus – odpowiednio 1,8% i 1,71%. Ponownie wystąpień było więcej niż chrztów, a to wcześniej uznawano za dzwonek alarmowy. Póki Niemcy są finansowo zachęcani do występowania ten trend może dojść do średnio 1% co roku. Od jakiegoś czasu w Niemczech pojawiają się głosy, by znieść tę zachętę przez wprowadzenie obowiązkowego podatku w określonej wysokości na wybrany cel społeczny, tak jak jest we Włoszech.

DWO-IP-Katholiken-BRD-sk-Aufm-KopieCo ciekawe zmniejszenie liczby wiernych nie przekłada się na zmniejszenie wpływów z podatku kościelnego. Łącznie zebrano rekordowe 11 miliardów euro z czego do Kościoła Katolickiego trafiło 5,7 miliarda. Jego wpływy cały czas rosną – w 2010 roku było to 4,8 mld, w 2011 – 4,9 mld, w 2012 – 5,2 mld, w 2013 – 5,5 mld i w 2015 – rekordowe 5,7 miliarda euro.

Na marginesie trzeba zauważyć, że opracowania podobnego do „Kościół katolicki w Niemczech. Liczy i fakty 2014/15” bodaj nigdy nie opublikowała Konferencja Episkopatu Polski. W 2012 roku przedstawiono jedynie raport „Finanse Kościoła katolickiego w Polsce„, który zawierał niekompletne dane oraz podano liczbę 459 „apostazji KEP-owskich” w 2010 roku. Jedyną oficjalną formą przekazu polskich biskupów są polityczne kazania. Nie ma żadnej prezentacji faktów tylko nieustająca walka z kolejnymi wrogami – odszkodowania, gender, konwencja, in vitro i tak w kółko.

–> „Kościół katolicki w Niemczech. Liczby i fakty 2014/15” <–

–> wyciąg danych statystycznych <–

źródło: Konferencja Biskupów Niemiec

patrz także: „Pełzająca apostazja narodu„, Katolicka Agencja Informacyjna

Ujawniamy: program do obsługi parafii ma słabe zabezpieczenia

gI_58646_DataBleakageNa blogu blondewitch.pl Katarzyny Guzewicz (reklamującym się ambitnym hasłem „blondewitch.pl – lewacki głos w Twoim domu„) pojawił się wpis „Wystąpienie czy apostazja?„. Autorka zwięźle choć wnikliwie przedstawiła stan posiadania strony kościelnej i zadała mi interesujące pytania. Była to okazja do ujawnienia tego co wiemy od dawna – wiodący program komputerowy do obsługi parafii ma na tyle słabe zabezpieczenia, że przejęcie bazy danych parafian nie stanowi większego problemu. Nie wiadomo jak wyjść z tego pata, bo Biuro GIODO nie wyszło jeszcze z etapu przepychanek proceduralnych czy ma uprawnienia takie jak wobec wszystkich innych podmiotów (za wyjątkiem IPN, z czym walczą). Póki co dane przynajmniej kilkuset tysięcy parafian proszą się o wypłynięcie.

*^*^* rozmowa z Katarzyną Guzewicz *^*^*

Maciek założył portal w 2010 roku. Była to  odpowiedź na próbę zawłaszczenia przestrzeni publicznej przez KEP i wmawianie osobom, które chcą opuścić szeregi KK, że muszą przechodzić poniżającą procedurę, którą dla nich „wielkodusznie” stworzono. Zajął się całokształtem przetwarzania danych osobowych przez parafie, np. przypadkami ujawniania list ofiarodawców, programami komputerowymi do obsługi parafii i różnego rodzaju incydentami, które wcześniej były skrupulatnie przemilczane i ignorowane w imię „unikania wojny z Kościołem”.

– Maćku, ile spraw przeprowadziłeś przez Biuro GIODO od kiedy kierujesz Wystap.pl?

Maciej Psyk: Może lepiej ujmę to w nieco innych liczbach. W ciągu tych pięciu lat zgromadziłem 5925 różnych plików zajmujących ponad 6 GB. Wysłałem lub odebrałem kilkadziesiąt tysięcy emaili, których samych tytułów było 4300. Miałem kontakt z około 2000 osób – od nastolatków do seniorów, od wojujących ateistów do teologów i od Norwegów do Argentyńczyków. Napisałem prawie 800 wpisów – od humoru do tworzonych tygodniami skomplikowanych analiz. 247,656 użytkowników Wystap.pl podczas 422,501 sesji otworzyło 882,899 stron i zostawiło ponad 5000 komentarzy. Nasze środowisko trafiło na łamy „Polityki”, „Newsweeka”, „Gazety Wyborczej”, „Przeglądu”, kwartalnika „Bez dogmatu” a także TVN24, Polsatu czy Racjonalista TV. Wymuszając choćby gniewną reakcję mediów katolickich, np. „Gościa Niedzielnego” czy telewizji Trwam. W ten sposób wprowadziliśmy te tematy do debaty publicznej i stopniowo odzyskiwaliśmy brutalnie zagarniętą przez biskupów przy cichej zgodzie władz państwowych przestrzeń publiczną. Największym wyróżnieniem było wymienienie nas przez abp Józefa Michalika na kazaniu na Jasnej Górze jako nowej organizacji. Pomaganie uczestnikom naszej batalii prawnej w przejściu przez matnię procedur i perfidnie zastawiane pułapki było bodaj najważniejszą, ale jednak tylko częścią tego wielkiego dzieła.

– Skąd się bierze chaos informacyjny na ten temat?

M.P.:  Sprowadza się to do jednego dość prostego faktu. Pierwszy GIODO – dr Ewa Kulesza – stworzyła patologiczną relację z Kościołem w myśl której ochrona danych osobowych to jego wewnętrzna sprawa regulowana przez kanon 535 i sama przed m. in. ukontentowanym biskupem Pieronkiem mówiła, że niczego nie może zrobić, bo wszystkie obowiązki duchownych zniósł Konkordat. Nie tylko broniła swojej własnej niemocy, ale ona sama ją głosiła! To jest dokładnie ta sytuacja, którą pani profesor Joanna Senyszyn barwnie określiła: „Kościół doi polskie państwo, a państwo jest tą krową, która daje się doić i jeszcze z radości merda ogonem”. To doprowadziło do bezkarności i bezhołowia kleru z jednej a słabości i bezradności GIODO z drugiej tak wielkich, że społeczne sprzątanie tej stajni Augiasza trwa do dzisiaj i końca nie widać. Ta patologiczna relacja w której Biuro GIODO było w konflikcie samo ze sobą przekonała kościelną „górę’, że mogą stworzyć wydumaną, oszukańczą i nieskuteczną procedurę „apostazji kanonicznej”, bo nikt nie zaprotestuje mimo faktycznego przejęcia kompetencji państwa. I zrobili to jako jedyni na świecie na swoją własną zgubę. Połknęli jeżozwierza, że się tak wyrażę.

– Dlaczego tak mało się mówi o „wystąpieniu po włosku”?

M.P.: Powodów jest kilka. Po pierwsze, Kościół z pełną świadomością stosuje taktykę zamilczania na śmierć niewygodnych tematów. Na przykład w styczniu 2014 roku w ciągu kilku dni pojawiła się lawina artykułów, ale dopiero po artykule „GIODO po raz pierwszy nakazał odnotowanie apostazji w księgach chrztu”. Wcześniej strona kościelna unikała tego tematu jak ognia. Groteskową konsekwencją wybudzenia z drzemki było to, że rzecznik prasowy KEP 14 stycznia skrytykował na Twitterze wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego z 18 października, co zresztą zauważył wydawca „Miesięcznika ewangelickiego” Tomasz Mincer. Drugi powód to wyjątkowa niechęć dziennikarzy do zgłębiania trudnych tematów. Łatwiej się przebić kurze z trzema nogami, bo można jej zrobić zdjęcie. Kilku dziennikarzy powiedziało mi: „temat ciekawy, ale ja mam na to tylko minutę”. Przy takim podejściu nawet sprowadzenie go do haseł nadal jest za skomplikowane. Nie dotyczy to Joanny Podgórskiej z „Polityki” i Katarzyny Wiśniewskiej z „Gazety Wyborczej”, które zrobiły kawał dobrej dziennikarskiej roboty. Trzeci powód to sama natura tych spraw w którą wbudowana jest dyskrecja, dodatkowo pogłębiana przez to, że najważniejsze z nich nadal trwają w sądach. Co nie znaczy, że się w ogóle mało mówi. Mówiło się przecież i na Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu w grudniu i na Radzie Biskupów Diecezjalnych na Jasnej Górze w sierpniu.

– Czy można sprawdzić to, czy proboszcz zrobił adnotację i co się stało z naszymi danymi w parafii?

M.P.: Jeśli odpisał, że nie zrobi to możemy być pewni, że nie kłamał. Jeśli odpisał, że zrobił to w sumie też ponieważ w Kościele przyjmuje się, że oficjalne oświadczenia proboszczów są dowodem na to co stwierdzają. Bać się należy nie papierowych ksiąg metrykalnych tylko programów do obsługi parafii zawierających bazy danych parafian a zwłaszcza łączenia ich w superbazy. Jest technicznie wykonalne połączenie wszystkich parafii danej diecezji jednym programem z serwerem w kurii diecezjalnej. Gdyby to się ziściło arcybiskup miałby dostęp do szczegółowych informacji o ponad milionie wiernych, lepszych niż ma o nas MSWiA. Drugi problem to poziom zabezpieczeń tych programów. Nic ich twórcom nie ujmując rozwijają je tak jak potrafią, ale nie lepiej. Mój przyjaciel po teście wersji demonstracyjnej stwierdził, że w ciągu kilku minut może obejść zabezpieczenia i dostać się do bazy danych. Chciałbym tym zainteresować szefa Departamentu Informatyki Biura GIODO, ale co to da skoro GIODO szósty rok zajmuje się „wyinterpretowywaniem kognicji” czyli szukaniem swoich uprawień do samego zajęcia się problemami? I tak się dokonał duży postęp i widać jakieś światełka w tunelu, ale skala upadku była tak wielka, że to wszystko jest nadal niewystarczające. Liczę, że jeszcze w tym roku ta praca Herkulesa zostanie zakończona.