Frederick Forsyth, „Dzień Szakala”

Zanim jeszcze rozpoczął swe codzienne obserwacje na lotnisku londyńskim, Szakal zdecydował, że będzie musiał działać pod fałszywym nazwiskiem. Zdobycie paszportu brytyjskiego na obce nazwisko jest jedną z najłatwiejszych rzeczy pod słońcem. Szakal postąpił tak, jak to robi większość przemytników. Przejechał się autem przez hrabstwa dorzecza Tamizy, wypatrując odpowiedniej wioski. Każda prawie wieś angielska ma niewielki kościół i cmentarz opodal. Na trzecim z kolei cmentarzu znalazł nagrobek odpowiadający jego potrzebom. Niejaki Aleksander Duggan zmarł w wieku dwóch i pół lat w roku 1931. Dziecko to, gdyby żyło, teraz, w roku 1963, byłoby mężczyzną o kilka miesięcy starszym od Szakala. Proboszcz staruszek uprzejmie przyjął gościa, który przedstawił mu się jako amator genealogii, zajmujący się ustalaniem rodowodu rodziny Dugganów. Okazało się, że rzeczywiście rodzina Dugganów zamieszkiwała wioskę przed wieloma laty. Szakal zapytał, czy może przejrzeć księgi parafialne.
Proboszcz był bardzo pomocny, od razu zaprowadził Szakala do kościółka, a zachwyty nad pięknem jego normandzkiej fasady i hojna ofiara na odbudowę poprawiły jeszcze bardziej atmosferę. Księgi parafialne wykazały, że małżeństwo Dugganów zmarło w ciągu ostatnich siedmiu lat, a ich jedyny, niestety, syn leży na sąsiednim cmentarzu od trzydziestu lat. Szakal powoli przewracał kartki rejestru narodzin, zgonów i małżeństw za rok 1929 i zapamiętał dokładnie zapis dotyczący Aleksandra Duggana, pięknie wykaligrafowany wprawną urzędniczą ręką.
Brzmiał on: Aleksander James Quentin Duggan, urodzony 3 kwietnia 1929 roku w parafii Świętego Marka w Sambourne Fishley.
Zrobił notatki, podziękował gorąco proboszczowi i odjechał. Pojawił się następnie w londyńskim centralnym biurze urodzin, małżeństw i zgonów, gdzie młody, sympatyczny urzędnik bez wahania przyjął jego bilet wizytowy, przedstawiający Szakala jako wspólnika firmy adwokackiej w Market Drayton w Shropshire. Szakal wyjaśnił mu, że zajmuje się odnalezieniem spadkobierców jednej z klientek swojej firmy, która zmarła pozostawiając spory spadek. Jednym z jej wnuków był Aleksander James Quentin Duggan urodzony w Sambourne Fishley w parafii św. Marka dnia 3 kwietnia 1929 roku.
Urzędnicy państwowi w Anglii są na ogół uczynni, jeżeli zwrócić się do nich uprzejmie, a ten nie był wyjątkiem. Stwierdził w aktach, że dziecko takie istotnie zostało zarejestrowane zgodnie z podanymi informacjami, ale zmarło 8 grudnia 1931 roku na skutek wypadku drogowego. Za kilka szylingów Szakal otrzymał odpis zarówno świadectwa urodzenia Aleksandra Duggana, jak i jego zgonu. W drodze do domu zatrzymał się przed biurem Ministerstwa Pracy, gdzie wziął formularz paszportowy, oraz w sklepie z zabawkami, gdzie zakupił za piętnaście szylingów dziecinną drukarenkę. Na poczcie nabył jeszcze pieniężny przekaz pocztowy na sumę jednego funta.
Po powrocie do domu wypełnił formularz paszportowy jako Aleksander Duggan, wpisując odpowiednie daty, miejscowości i imiona, ale własny rysopis. Podał więc swój wzrost, wagę, kolor włosów i oczu, a w rubryce zawód napisał po prostu biznesmen. Pełne imiona rodziców Duggana zostały również przepisane ze świadectwa urodzenia syna. Na świadka Szakal podał wielebnego Jamesa Elderly’ego, proboszcza parafii św. Marka w Sambourne Fishley, z którym tak miło rozmawiało mu się tego ranka, a którego imię, nazwisko, a nawet tytuł doktorski widniał na tabliczce przed plebanią. Podpis proboszcza, delikatny i drżący, sfałszował bladym atramentem i za pomocą cienkiej stalówki. Drukarenka zaś posłużyła do wykonania pieczątki:

KOŚCIÓŁ PARAFIALNY ŚW. MARKA SAMBOURNE FISHLEY

Pieczątkę przybił mocno i wyraźnie pod podpisem proboszcza. Kopia aktu urodzenia, podanie i przekaz zostały wysłane do Biura Paszportowego w Petty France, akt zgonu zaś małego Duggana zniszczony. Po czterech dniach nowiutki paszport nadszedł pod podany adres właśnie w chwili, kiedy Szakal czytał „Le Figaro”. Odebrał go po południu.

Facebook Comments

Website Comments

  1. Immanuel
    Odpowiedz

    Mnie by taki nr nie przeszedł. Gdy zwróciłem się o nr aktów chrztu dzieci, to musiałem użyć wielu argumentów zanim klecha wydał. Tak się bał przekroczenia Ustawy o ochronie danych osobowych. Zastanawiał się czy będzie mógł mi wydać odpis aktu ślubu, czy przy padkiem zgodnie z prawem nie powinienem stawić się razem z żoną. Fakt faktem, że mnie już znają w obu warszawskich diecezjach, a klecha parafii ochlapania poznaje po głosie przez telefon i w sumie już zalazłem im za skórę (a oni mnie), ale chyba u nas tak prosto by nie poszło. Poza tym mają w parafiach okrągłe pieczęcie, więc numer z dukarenką nie przeszedłby. Żarty żartami, ale ten fragment pokazuje jak ważna jest ochrona danych osobowych.

Post a comment